fbpx

Wyprawa do Rygi była zaplanowana już od grudnia, miał to być drugi wiosenny półmaraton, w którym mieliśmy walczyć o poprawienie rekordu życiowego. Prawie nam się udało, jednak jak to mówią w jednej reklamie „prawie czyni wielka różnice”

Infekcja, która nas zaatakowała przed Wings For Life dawała się przez cały tydzień mocno we znaki, od wtorku na lekarstwach, a pierwszy trening po WFL dopiero w piątek, bez siły… Nastawienie do biegu podobne jak w Wiedniu, tyle, że jeszcze jesteśmy źli, bo wszystko pokrzyżowała głupia choroba…

Lecimy w sobotę koło 11, lądujemy w Rydze po 13 czasu lokalnego, na lotnisku czeka na nas pan z hotelu, w którym zarezerwowaliśmy apartament. Kilka minut po wyjeździe z lotniska jesteśmy już w centrum Rygi, trwają biegi dla dzieci, które są częścią Maratonu. Parkujemy w samym centrum, nasz kierowca prowadzi nas do prywatnej kamienicy. Cały czas się zastanawiamy gdzie ten hotel… Pokazuje nam jak wprowadzić kod do drzwi wejściowych, następnie drugi, idziemy klatką schodową, która wymaga remontu, otwieramy drzwi… To jest nasz apartament, wszystko ok, fajny, czysty, kuchnia wyposażona, jednak jakoś czujemy się rozczarowani, myśleliśmy, że to apartament, gdzie będzie recepcja, ktoś nam doradzi jak korzystać z komunikacji miejskiej, gdzie zjeść… Pan daje nam mapę miasta, umawiamy się na poniedziałek na transport na lotnisko.

Trzeba odebrać numer, postanawiamy przejść się, do centrum olimpijskiego są jakieś 3 km. Pogoda na początku „wyprawy” sprzyjała. Szybko odbieramy numer, żadnych kolejek, pakiet startowy: koperta z numerem i agrafkami, torba na depozyt, informator o biegu. Tak, to był cały pakiet.

Postanawiamy wrócić do hotelu, zostawić pakiet i pójść na kolacje i zrobić zakupy na śniadanie, po drodze zaczyna się niezła ulewa, wstępujemy do małej kawiarenki na ciastko i kawę, po kilku minutach deszcz ustał, ruszamy dalej i po następnych kilku minutach jesteśmy w naszym apartamencie. Zostawiamy pakiet i trzeba zjeść makaron, jeszcze zakupy i o 21 miejscowego czasu (20 naszego), jesteśmy już w łóżku, start o 8.30 (7.30 naszego…).

Rano szybkie śniadanie, herbata, bułki z miodem i idziemy na start, pogoda całkiem dobra, chmury, około 10 stopni, lekki wiatr. Robimy leniwie rozgrzewkę, nos trochę zatkany jednak w sumie jest całkiem dobrze. Cały czas się zastanawiamy jak na starcie zmieści 30 tysięcy biegaczy i biegaczek… Rozgrzewają się również biegacze elity, spiker wita kolejnych biegaczy, później jest wymieniany kolejny kraj i zawsze jest ktoś, kto w danym języku stara się przywitać zawodników. Jest i Polska, trochę trzeba się domyślać, jednak to miły gest. Czujemy się całkiem dobrze, postanawiamy pobiec szybciej niż w Wiedniu, to daleko od życiówki, jednak na więcej nas raczej nie stać, a chcemy ukończyć zawody.

Ruszamy, przed nami Pacemakerzy prowadzący na 1:45 i maraton na 3:30, pierwszy kilometr biegniemy kilka metrów za nimi. Początek dosyć trudny, kostka bruków, tory tramwajowe, trochę kałuż po wczorajszych opadach, dosyć wcześnie pierwszy wodopoju. Po niecałych dwóch kilometrach zastanawiamy się czy w ogóle kontynuować bieg. Nos zatkany, źle się biegnie, jednak tempo całkiem ok, podobne jak w Wiedniu. Na szczęście przed 3-cim kilometrem jest kolejny wodopoju, postanawiamy wysiadać nos, jak to w czasie biegu… Bierzemy kubek, myjemy buzie i biegniemy dalej… Podbieg pod most, ciężko… Jednak postanawiamy biec dalej i ewentualnie w jak będziemy wracać mostem to pomyślimy, co dalej.

Po drugiej stronie mostu możemy popatrzyć na czołówkę elity, biegną pięknie i szybko. My wolniej ale oddycha się już lepiej. Mijają kolejne kilometry, cały czas dobre tempo, jak na nasze możliwości 🙂 . Zjadamy cukierek Enervit, pędzimy dalej. Dużym zdziwieniem było to, że po drugiej stronie mostu świat był jak na przedmieściach, a byliśmy jakieś 3 kilometry od Centrum. Nawrót i biegniemy w kierunku mostu. Pomysł z wycofywaniem się już z głowy nam wyparował, wracamy do Centrum, znowu kostka brukowa, tory, kolejny nawrót i mamy prawie 13 kilometrów.

Reszta biegu właściwie bez historii, staramy się trzymać tempo tak, żeby udało się pobić szybciej niż w Wiedniu, biegniemy wzdłuż rzeki, kolejny nawrót, maraton robi go później. Gnamy do mety, czas lepszy niż w Wiedniu, plan zrealizowany. 

Kilka słów podsumowania, trasa fajna, szybka, jednak trudna technicznie, 3 nawroty o 180 stopni, dużo zakrętów, kostka brukowa, tory. Często punkty z wodą, były też inne rzeczy w punktach, ale koncentrowaliśmy się na wodzie. Mało biegaczy, liczba 30 tysięcy zawiera dzieci startujące dzień wcześniej oraz popołudniowe biegi na pozostałych dystansach. Dużym minusem jest muzyka mechaniczna i wodzireje, którzy może coś z sensem mówili, jednak wrażenie było takie, że starają się przekrzyczeć muzykę. Koło 5-go kilometra byli bębniarze, całkowicie wodzirej ich zagłuszał, jedyna muzyka na żywo była przy pomniku…

Poniedziałek pozostał na zwiedzanie, Ryga jest kapitalnym miastem, szkoda, że zrobiło się 8 stopni i wiał mocny wiatr 🙂  

Teraz przerwa w bieganiu, szykujemy się na wyzwania rowerowe.

Za kilka dni napiszemy kilka informacji praktycznych, gdzie spaliśmy, gdzie jedliśmy i nasze osobiste odczucia na temat tych miejsc.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.