fbpx

Jakie było nasze nastawienie do startu to z pewnością pamiętacie. Jednak Wiedeń zdobyty! Teraz pytanie: czy można startować bez przygotowania? Nic nam się nie chciało i tylko i wyłącznie nasze sknerstwo spowodowało, że mieliśmy zamiar pojechać i wystartować. Zamiast biegać na nogach, szukaliśmy ucieczki do nart biegowych i roweru.

Start bardzo udany, bieg poniżej 1:50 z zapasem, a planem było pobiec poniżej 2 godzin, jednak zacznijmy od początku.

Pogoda jest zawsze, raz lepsza, a raz gorsza

Przez cały tydzień nerwowe sprawdzanie prognozy pogody. Ciepło, zimno, słońce, deszcz, właściwie codziennie inna przepowiednia pogody, a co gorsza każde źródło podawało coś innego. 🙂 Jedziemy autem, więc można zabrać pół szafy, jednak po co, kto to będzie nosić… Bierzemy same krótkie rzeczy, w bagażu też ląduje pasek z bidonami (przecież nie nastawiamy się na żaden wynik). Ma to być próba ponownego zaprzyjaźnienia się z bieganiem…

Piątek późne popołudnie. Ruszamy z Zakopanego. Po drodze – konkretnie po około 10 minutach jazdy 🙂 – stajemy w karczmie Ziębówka u wylotu Doliny Chochołowskiej. Fantastyczne miejsce, które bardzo lubimy. Serwują regionalne potrawy jednak jest i makaron. 😉 Po szybkim posiłku ruszamy. Droga do Wiednia („na Wiedeń”) w miarę dobra, ruch na Słowacji mały, a za Żyliną zaczyna się autostrada, która zaprowadzi nas prawie do samego hotelu. Podróż niestety w kiepskich warunkach. Cały czas padał deszcz, a momentami dosyć mocno wiał wiatr, dobra zapowiedź weekendu…

Sobota rano

Leniwie wstajemy, na śniadanie zdążyliśmy w ostatniej chwili, było tylko do 10.00. Jak w każdym hotelu MERCURE duży wybór na śniadaniu i nie będzie problemu, żeby w niedzielę zjeść smaczne węglowodany. Kilka pytań organizacyjnych w recepcji i idziemy się ubrać. Pogoda słaba… temperatura poniżej 10 stopni, wieje i pada mżawka. Odbiór numeru sprawny, samo EXPO nieróżniące się wiele od tych innych, które widzieliśmy. My szukamy rękawków. Prognozy zapowiadają deszcz i mocny wiatr, a my nie bardzo przygotowani…

Spotykamy się jeszcze z kolegą  – tym z którym mieliśmy porachunki na Biegu Piastów. Tutaj jednak nie mamy żadnych szans z nim. Nawet nie będziemy próbować, poczekamy na Tour de Pologne dla amatorów. Krótka rozmowa, mówi, że przeziębiony i będzie chciał pobiec połówkę, a nie pełny dystans. Jeszcze szybki zakup rękawków, co nie było proste, jak były dobre w przedramieniu to luźne w bicepsie lub na odwrót, jednak udało się. Wsiadamy do metra, powrót do hotelu, zostawiamy numer, chip i trzeba iść coś zjeść.

W hotelu polecono nam włoską restauracje w pobliżu, poszliśmy na makaron –  było super. Później powrót do hotelu – pogoda nie nastrajała do spacerów, dalej zimno i mokro… Wieczorem jeszcze krótki spacer w okolice Ratusza czyli mety, ciastko z sosem waniliowym i do spania.

Dzień startu

Rano bez pośpiechu na śniadanie –  hotel z uwagi na VCM przygotował śniadanie od 6.00. Kilka osób –  widać, że raczej biegacze, a nie ranne ptaszki. Owoce i musli z jogurtem, drożdżówka z miodem, herbata i do pokoju, spakowanie rzeczy i powoli idziemy do metra. Fajną opcją jest to, że organizator zapewnia kontakt do osoby z Twojego kraju i możesz napisać do człowieka e-mail z pytaniem co i jak, więc nie mieliśmy żadnego problemu z dotarciem na start. Informacje, których udzieli nam Łukasz Ciesielski były idealne!

Na miejscu jesteśmy o jakieś pół godziny wcześniej, niż planowaliśmy. Na szczęście nie pada, jednak zimno i mocno wieje. Trochę pochodziliśmy, powoli rozgrzewka, berek kibelek, przebieramy się i do sektora. Czekając na start jest naprawdę zimno, wieje i znowu nam się chce do kibelka… Ale zaraz start… No nic… złapiemy jakiś toitoi po drodze. Start, biegniemy koło kibelków jeszcze przed przekroczeniem linii pomiaru czasu… Nie ma kolejki, jeden biegacz szybciutko tam wskakuje, a my nie, może jakoś to będzie…

Uda się czy się nie uda?

Pierwsze kilometry to bieg przez most nad Dunajem, w powietrzu helikoptery policyjne… Na moście potwornie wieje, zimno (ile razy już to napisaliśmy?). Przydają się dzień wcześniej zakupione rękawki. Po jakichś 3 kilometrach wpadamy do parku –  liczne drzewka są hurtowo nawadniane, postanawiamy to samo zrobić z pomnikiem. Ktoś podbiega, coś mówi po niemiecku, pytam czy mówi po angielsku, a on szybciutko odpowiada, że ma nadzieje, że to nie jakiś pomnik walk o wolność Austrii, jest Niemcem. Życzymy sobie powodzenia i ruszamy w drogę.

Trasa bardzo fajna, dużo kibiców, tylko ten wiatr. Mijając 5-ty kilometr szybkie spojrzenie na zegarek, 26 minut 21 sekund z przerwą koło pomnika… Jest nieźle! Tabletka Enervit i biegniemy dalej. Koło 9 kilometra chcieliśmy w sumie zostać, fajna impreza była na jednej z ciężarówek, jednak nie po to przyjechaliśmy… Biegniemy dalej, cały czas nie patrząc na zegarek, rozglądamy się, przybijamy piątki dzieciom. Koło 10 km wyciągamy żel z kieszonki –  wtedy druga tabletka, którą mieliśmy zjeść koło 15 kilometra wypada. Błyskawiczna analiza: nie próbujemy nawet jej podnieść, mają być banany w drugiej części dystansu. I tak oszczędzamy czas, bo biegniemy z paskiem, w którym mieszczą się dwa małe bidony, zabraliśmy w sumie nie całe pół litra, wiec powinno z piciem być ok.

Druga piątka w 25:27, co? Tak, naprawdę szybko biegniemy jak na stan przygotowań. 😀 Jednak teraz zaczynają się schody –  następne 9 kilometrów cały czas lekko pod górę i w dodatku pod wiatr, dopiero końcówka od mniej więcej 19 kilometra w dół, później my na prawo, maraton w lewo, zakręt w lewo i ostatnia prosta do mety. Drugie 10 kilometrów również jak na nasze możliwości szybko, 52 minuty i 20 sekund. Teraz zdajemy sobie sprawę, że jest szansa pobiec poniżej jednej godziny i 50 minut, full gas!

Udało się 🙂

Meta! 1:49:19, dużo powyżej oczekiwań! Fajnie się bawiliśmy, piękne miasto, trzeba będzie wrócić i zwiedzić, bo sobotni plan zwiedzania zweryfikował nam deszcz… Wynik z pewnością daleki od rekordu życiowego, ale nie był to najwolniejszy bieg w naszym życiu. Biorąc pod uwagę, że od września przebiegliśmy na nogach jakieś 90 km, a z tego 20 w ostatnim tygodniu przed biegiem…

Same zawody super zorganizowane. Fajna atmosfera, wiele miejsc z kibicami z muzyką, która widać została zorganizowana przez samych ludzi, z ich własnej woli – też mieli z tego zabawę. Na mecie fajnie zorganizowany kajet w którym zawodnicy dostawiali w jednym worku banana, izotonik, baton białkowy, jabłko, wodę i jakieś reklamy.

Teraz czas na odpoczynek, trzeba wrócić do Wiednia zobaczyć miasto, powoli myśleć o Rydze.

Dziękujemy za wsparcie!

Motywacja przyszła sama dzięki wynikowi. 🙂

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.