fbpx
Warnija – Piękne Drogi

Jazdy w Warnija – szlakami Warmii w ogóle nie planowaliśmy. Jednak ten rok jest tak zwariowany, że pewnie każdy z Was zrobił wiele rzeczy, których nie planował i nie zrobił wielu zaplanowanych wcześniej. Nasze plany kolarski zakładały start w Maratona des Dolomites. Naszymi lokalnymi wyścigami byliśmy znudzeni, w Tatra Road Race startowaliśmy na krótkiej trasie w 2016, 2017 i na długiej w 2019. Tour de Pologne, też już nam się znudziło i stąd pomysł na start w wyścigu, który jest określany najciekawszym i jednocześnie najbardziej zwariowanym wyścigiem dla amatorów, Maratona dles Dolomites. Cóż, nasz wyścig jest przeniesiony na rok 2021 i trzeba mieć nadzieję, że się odbędzie.

Jeździliśmy na rowerze bez celu, żeby nie powiedzieć bez sensu. Realizowaliśmy plan, który skrupulatnie przygotowywał nam treneiro Mariusz, jednak jakoś nie mieliśmy zapału, wiedząc, że para idzie w gwizdek… Jednak nagle zobaczyliśmy, że impreza, o której myśleliśmy już dwa lata temu odbędzie się w tym roku. I jeszcze zgrywało się to idealnie z naszym wakacyjnym wyjazdem do Gąsiorowa. Tego samego dnia, kiedy można było się zapisać byliśmy na liście startowej.

Przygotowania

Od 10 lipca nasze nastawienie do jazdy na rowerze się zmieniło. Startujemy w wyścigu, rajdzie,  Warnija – szlakami Warmii. Postanowiliśmy, że dystans 225 kilometrów z sumą wzniesień prawie 3.400 metrów chcemy przejechać w 10 godzin razem z przerwami. Mariusz nas wyśmiał i powiedział, że to bardzo mało ambitny cel. No cóż… po negocjacjach ustaliliśmy, że celujemy w czas przejazdu 8 godzin + maksymalnie godzina na przerwy.

Powstał szczegółowy plan przygotowań, w planach mieliśmy jeszcze jeden objazd wokół Tatr, wjazd do Śląskiego Domu na Słowacji, kilka dni w Karkonoszach i Izerach z wyjazdem na Przełęcz Karkonoską. Oczywiście dużo zależało od pogody, trochę już byliśmy zmęczeni jazdą w chłodzie i deszczu, a trenażera nie mieliśmy ochoty rozstawiać.

Plan zrealizowaliśmy prawie w całości, nie pojechaliśmy dookoła Tatr. W żaden z lipcowych dni kiedy byliśmy w Zakopanem pogoda nie była na tyle pewna, żeby ryzykować tak długi wyjazd. W dodatku pogoda płatała takie figle, że jednego dnia wybraliśmy się na prawie 100 kilometrów w ciepłym ubraniu. Prognoza pokazywała maksymalnie 14 stopni w ciągu dnia w okolicach Nowego Targu, a tam się wybieraliśmy. Po południu miał być deszcz. Ruszyliśmy koło 9 jak wyschły drogi po nocnych opadach, temperatura 10 stopni. W Dębnie do którego dojechaliśmy było za to 24. 🙂

Formalności

Zapisy na imprezę bardzo proste, formularz Google gdzie należało się zgłosić, później tylko wpłacić na konto organizatora odpowiednią kwotę, zależną od dystansu i tyle. Start zaplanowany na 8 sierpnia na godzinę 7:00 w miejscowości Dywity przy stadionie. Z Gąsiorowa będziemy mieli około 50 minut jazdy samochodem, żeby było mniej nerwowo postanawiamy odebrać numer dzień wcześniej i przy okazji poznamy drogę dojazdu i dowiemy się gdzie można zaparkować auto. Kilka dni wcześniej na Facebook organizatora pojawiły się mapki i nie było z tym najmniejszego problemu.

W piątek odbieramy numer, trzeba jeszcze wypełnić i podpisać oświadczenie z różnymi zgodami. Odrazu ostrzegamy tych, którzy chcą mieć w pakiecie startowym taką ilośc gratisów, która pokrywam im opłatę, że to nie jest impreza dla Was. W pakiecie jest książeczka do zbierania pieczątek z punktów kontrolnych, na jednym z nich trzeba wykonać zdjęcie. Numer na rower i naklejki  z numerami do umieszczenia na kasku lub odzieży. Rano przed startem dostaniemy jeszcze transponder GPS, dzięki niemu będzie można śledzić „rywalizację” na trasie.

Start

Dzień przed startem rozmawiamy z Mariuszem o taktyce i rozłożeniu sił, dla niego 225 jest jak rozgrzewka, już wielokrotnie brał udział w wyścigach na dystansach ponad 500 kilometrów. W czasie rozmowy wspominamy, że chcemy całość pojechać ze średnią ponad 30 km/h czyli o wiele szybciej niż nasze wspólne założenie. Mariusz wydaje się sceptyczny i każe nam w Garmin ustawić zaplanowany czas jazdy na 8 godzin. Warnija – Szlakami Warmii wgrana do Garmin, czas ustawiony na 8 godzin, komputerek pokazuje, że będą dwa podjazdy i suma wzniesień to około 1.500 metrów (Garmin mocno zweryfikował to co podawała mapa organizatorów). W związku z tym, że start jest w grupach co 5 minut, my będziemy jechać o 7:30.

Na starcie jesteśmy mniej więcej 10 minut przed godzina szóstą. Przebieramy się, pompujemy koła, jemy banana i pakujemy do kieszonek zapasy na drogę. 4 żele, 4 słodkie batony, 4 słone batony i saszetki do przygotowania 9 bidonów po 0,75 litra napoju izotonicznego. Co dało nam w sumie 27 saszetek i nie obyło się bez torebki Apidura na ramie. Na każdym punkcie chcemy uzupełnić picie, a zapowiada się duży upał i planujemy jeść co 45 minut.

Tuż przed startem odbieramy jeszcze transmiter GPS, całą trasę będzie można śledzić na stronie internetowej imprezy.

Orneta

Stajemy na starcie, po prawej stronie 4 osoby i jeszcze kilka po naszej lewej. Na telewizorze jest odliczany czas pozostały do startu. Punktualnie o 7:30 ruszamy, postanawiamy ustawić się z przodu i pierwsze 15 – 20 minut pojechać spokojnym tempem nie patrząc na to czy musimy prowadzić czy nie. Traktujemy to jako rozgrzewkę. Szybko z naszej grupy zostaje piątka. Już na mecie okazało się, że w naszej grupie startowej była nas tylko piątka. 🙂

Współpraca układa się w miarę ok. Na zjazdach nasz rower jest ewidentnie najszybszy, po płaskim współpracujemy, jednak na podjazdach trochę zostajemy. W końcu mamy dużo kilometrów do przejechania, a momentami mamy ponad 300 Watt próbując trzymać koło na podjazdach. Po mniej więcej 20 kilometrach zostaje nas trójka. ustalamy, że my górki podjeżdżamy swoim tempem i dołączamy na zjazdach. I tak zgodnie współpracując dojeżdżamy do Ornety gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny. Mamy za sobą 45 km. Średnia którą pokazuje Garmin to ponad 33 km/h.

Toaleta, woda do bidonów, wsypujemy proszek, kawałek banana i nasza trójka jest gotowa do jazdy. Do zjedzenie jeszcze były arbuzy, kanapki i ogórki, nie koncentrowaliśmy się zbytnio na tym, nie lubimy eksperymentować z jedzeniem w czasie takiego wysiłku.

Podjeżdża dwójka, która nie wytrzymała naszego tempa, pada krótkie – Ale gnacie. W momencie kiedy ruszamy dojeżdża grupa 5 – 6 osób, która wygląda na mocną. Następny punkt kontrolny to Nowica, gdzie trzeba zrobić zdjęcie, a zjeść i napić się będzie można dopiero w Braniewie.

Braniewo

Z Ornety wyjeżdżamy przez rynek po kostce brukowej i dojeżdżamy do drogi 513, tam na chwilę zjeżdżamy na ścieżkę rowerową. Kiedy wracamy na szosę to też wraca współpraca. Dalej utrzymujemy dobre tempo, asfalty bardzo sprzyjają i teren, który cały czas opada też pozwala na rozwijanie większych szybkości. Kilometry znikają dosyć szybko. Mniej więcej po 2 godzinach jazdy jesteśmy w Nowicy, to jest drugi punkt kontrolny. Mamy za sobą 72 kilometry i  trzeba zrobić zdjęcie. Stajemy na moment koło kościoła fotka i widzimy nadjeżdżającą dużą grupę, postanawiamy zabrać się z nią. Odcinek do Braniewa, gdzie znajduje się trzeci punkt kontrolny pokonujemy w zwariowanym tempie. Zwłaszcza jak na nas.

Grupa duża, prawie 20 osób, niestety na 5 kilometrów przed punktem kontrolnym współpraca nie układa się dobrze, co chwila grupa 6 osób robi potężne zaciągi próbując rozerwać nasz peleton. Nam szczęśliwie udaje się cały czas utrzymać w grupie, trochę straciliśmy z oczu naszych kolegów z poprzedniego odcinka trasy. Jesteśmy maksymalnie skoncentrowani na tym, żeby nie „liznąć” koła osobie przed nami i nie dać się zgubić. Rondo w Braniewie, chwila na oddech, średni wzrosła do ponad 34 km/h.

Tankujemy bidony, nie idzie to już tak sprawnie jak w Ornecie, tam było nas trzech i byliśmy sami. Tutaj są osoby, które jeszcze nie wyjechały z punktu i nas też wpadło koło 20 osób. Jednak nie szarpiemy się, lejemy wodę w oba bidony, proszek, pieczątka i ruszamy jakieś 2 – 3 minuty po grupie, nasi koledzy ze startu zostają i spokojnie jedzą. Jedziemy spokojnie, wyjeżdżamy z miasta, teraz będzie część trasy, która jest bardziej pod górę niż z góry. Zaczynamy się zastanawiać czy nie zapłacimy za to wysokie tempo na początku. Zwłaszcza odcinek od Nowicy do Braniewa, który obfitował w kilkanaście bardzo mocnych przyśpieszeń był męczący.

W oddali widzimy 2 osoby na rowerach, zakładamy, że mogą to być uczestnicy naszej imprezy. Postanawiamy ich gonić, jednak nie za wszelką cenę. Następny punk kontrolny to Pieniężno, do którego mamy około 30 km.

Pieniężno

Mniej więcej 5 kilometrów za Barczewem dojeżdżamy do kraksy. Grupa z którą nie ruszyliśmy z ostatniego punktu cała stoi na poboczu, widzimy też jednego kolarza leżącego na asfalcie. Podjeżdża jakiś samochód, zatrzymuje się, auto z naprzeciwka stoi na światłach awaryjnych. Mijamy to zamiesznie, nasza obecność w niczym nie pomoże. Razem z nami rusza jeszcze jeden kolarz. Spokojnie jedziemy dalej. Tempo dla nas trochę za wolne, jednak jest mocny czołowy wiatr. Postanawiamy w ten sposób poczekać na grupę i znowu wsiąść do pociągu.

Po bliżej nie określonym czasie grupa nas dogania i wskakujemy na koło ostatniego z kolarzy.

Na początku jedzie się nam dobrze, tempo mocne, może minimalnie za mocne dla nas, jednak równe. Niestety znowu, mniej więcej na 5 kilometrów przed punktem kontrolnym zaczyna się szarpanie i próba rozerwania grupy. Odpuszczamy, jedziemy swoje. Po 2 kilometrach doganiamy grupę, bo ta kompletnie zwolniła. 😉 Jeden z kolarzy zjada żel i ku naszemu przerażeniu, opakowanie po nim postanawia odesłać do przydrożnego rowu. A później się dziwimy, że kolarze mają opinię tych co śmiecą przy drogach…

Postanawiamy, że nie będziemy za wszelką cenę ruszać z punktu z grupą. Spokojnie tankujemy bidony, wycieczka pod krzaczek, grupa powoli się zbiera. Kolarza, śmieciarza zapytaliśmy o wyrzucanie papierków, tylko wzrusza ramionami… „zawodowiec”, szkoda, że nie wie, że zawodowcy za wyrzucanie śmieci w miejscach innych niż do tego przeznaczone dostają kary finansowe.

Lidzbark Warmiński

Ruszam, bez pośpiechu, patrzymy na komputerek i mniej więcej jak będzie wyglądać profil dalszej jazdy. Po dosłownie kilkuset metrach od punktu konsternacja. GPS pokazuje, że mamy skręcać w prawo, a znaki na drodze, że mamy jechać prosto. Jedziemy za znakami. Po chwili konsternacja jeszcze większa, bo dojeżdżamy do rozkopanej drogi, ruch wahadłowy i nie ma żadnych znaków. Jednak postanawiamy pojechać prosto. Po kilku kilometrach doganiamy dwie osoby, jadą z sakwami. Pytam czy widzieli dużą grupę kolarzy. W odpowiedzi słyszymy:

  • do you speak English?
  • Yes, we do.

Dowiadujemy się, że jechali i jechali szybko. Uspokoiliśmy się i jedziemy dalej. Kolejne kilometry, ciepło, szczęśliwie droga jest zacieniona drzewami rosnącymi po jej obu stronach. Nawierzchnia robi się niestety coraz gorsza… zastanawiać czy jednak nie pomyliliśmy drogi. GPS cały czas informuje nas, że powinnismy zawrócić.

Jedziemy jednak cały czas główną drogą, licząc to, że jednak dojedziemy do Lidzbarka Warmińskiego. Sprawdziliśmy też GoogleMaps i wychodzi na to, że nie jest źle, droga na której jesteśmy doprowadzi nas do kolejnego punktu.

A jednak na trasie Warnija – Szlakami Warmii

Po pewnym czasie widzimy dwie osoby przed nami, postanawiamy je dogonić, wyglądają na biorących udział w naszej imprezie. Jedna z nich jedzie na rowerze czasowym. Doganiamy ich, postanawiamy trochę odpocząć na kole. Dziwna para… chłopak prowadzi, jechał z nami w tej dużej grupie. Zapamiętaliśmy go po stroju kolarskim Gore, rzadkość w Polsce. Dziewczyna na rowerze czasowym, jakiś metr, półtora za nim. Postanawiamy wjechać między nich, dziewczyna zostaje metr, półtora za nami. No nic, jedziemy sobie spokojne dalej po zmianach z chłopakiem. Przegania nas chłopak na rowerze czasowym, jednak decydujemy się zostać z naszą parą.

Kilometry mijają, kolejny punkt kontrolny na 165 kilometrze w Lidzbarku Warmińskim. Nie wzięliśmy pod uwagę tego, że teraz to może być inny kilometr. Mało co, a przegapilibyśmy punkt, teraz znajdował się na 161 kilometrze. 🙂 Zatrzymujemy się całą trójką, tankujemy bidony, jemy pół banana, chłopak na czasówce rusza, postanawiamy jednak jeszcze skoczyć pod krzaczki. Po chwili podjeżdżają dwie osoby, chłopak i dziewczyna. On leżał w tej kraksie, pozdzierany lewy bok. Jest znajomy Gore i postanawiają jechać razem dalej. No nic, czekamy, samotna jazda gorsza niż w piątkę, nawet jak wyjedziemy moment później. W końcu ruszamy dalej. 🙂

Jeziorany

Od początku widać, że współpracy idealnej w naszej grupie nie będzie… Gore i ja dajemy zmiany, Poobijany czasem też. Dziewczyna na rowerze czasowym cały czas ostatnia i trzymam dystans metra, półtora, trochę to irytujące. Druga dziewczyna też raczej na zmiany nie wychodzi. Może trzeba było jechać samemu?

Droga niestety znowu dziurawa jak ser szwajcarski. Ciężko utrzymywać rytm, wężyk też nam się rozjeżdża… Na chwilę wielka ulga, wjeżdżamy na nowiutki asfalt jedzie się pięknie. Przejazd do Jezioran w sumie bez historii, jesteśmy wszyscy zmęczeni, my trochę źli, że współpraca się nie układa, jednak można zamienić dwa zdania o byle czym i czas szybciej leci. Jak już zostaną wyremontowane wszystkie drogi to Warnija Szlakami Warmii będzie po prowadzić po jednych z lepszych asfaltów jakie znamy. 🙂

Punkt w Jezioranach jest fantastyczny, znajduje się w Domu Pomocy Społecznej. Gra muzyka, jest ciasto oraz rozpylacz wody. Mamy dalej bidon z izotonikiem, który jest pełny, wypijamy resztę z drugiego i prosimy o czystą wodę. Chcemy się polewać co jakiś czas na ostatnich 30 kilometrach, upał jest nieznośny. Kawałek szarlotki, kubek wody z cytryną i miętą. Idziemy pod rozpylacz. Trochę tłoku, bo są osoby z dystansu na 100 kilometrów. Widzimy kątem oka, że dziewczyna się zbiera, prosimy, żeby zaczekała, aż założymy kask. Ostatecznie ruszamy całą piątką.

Dywity

Z Jezioran wyjeżdżamy tą samą drogą, którą jechaliśmy do punktu. Po mniej niż trzech kilometrach skręcamy w lewo i zaczynamy zmierzać w kierunku mety. Współpraca taka jak była, Gore i my pracujemy, reszta się wiezie. Pojawia się podjazd, który jest nazwany na Strava DW593 serpentyna climb. Dla nas nie jest on żadnym wyzwaniem, to jest mniej niż 1,5 km i średnie nachylenie 3%, jednak dla reszty jest to wyzwanie. Postanawiamy zaczekać na innych i tak sobie w tym zestawieniu jedziemy dalej. Nagle dziewczyna na rowerze czasowym postanawia dać mocną zmianę, pociągnęła dobrych kilka kilometrów.

Dalsza część znowu bez historii, od czasu do czasu polewamy się, zjedliśmy żel i trochę zaczyna nas męczyć słodycz w ustach. Powinniśmy mieć jeszcze jeden słony żel, szukamy go w kieszeniach i w Apidurze. Nie ma, chociaż z rachunków wynika, że jeszcze mamy dwa… No nic, zjemy już coś na mecie.

Na ostatnich pięciu kilometrach postanowiliśmy mocniej pociągnąć, reszta została, niestety po 3 kilometrach nas dopadli. 🙂 Ostatnie dwa kilometry jedziemy spokojnie, nie ma już co się szarpać. Skręcamy w prawo w kierunku stadionu, druga połowa stoi pod drzewam, jeszcze raz w lewo i w lewo w bramę stadionu.

Koniec! Dostajemy medal, oddajemy transmiter GPS i dostajemy jeszcze pamiątkową koszulkę.

Podsumowanie Warnija – Szlakami Warmii

Warnija Szlakami Warmii to imprez dobrze zorganizowany, osiągnęliśmy czas o wiele lepszy niż zakładany. Całą trasę z przerwami pokonaliśmy w mniej niż 8 godzin. Jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. 🙂

Na punktach zawsze była woda, banany, arbuzy. W sumie ciężko nam od strony gastronomicznej to wszytko ogarnąć. 😉 Żywiliśmy się własną chemią. 🙂

Karta na której zbieraliśmy pieczątki jest też kupnem na makaron, nie korzystamy z niego. Piwa też nie pijemy, bo ktoś musi wrócić autem do Gąsiorowa. Jeszcze po żadnej imprezie nie byliśmy tak zmęczeni…

Jakbyście nie mieli pomysłu na sobotę w wakacje, to naprawdę Wam polecamy ten wyścig, nie wyścig. 😉

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości: IzabelaRuda.foto

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.