fbpx
Rajd Wokol Tatr Peleton

Życie to jedna wielka lekcja, wiemy, że wszystkie rachunki trzeba płacić. Niby to takie oczywiste, jednak nie zawsze kontrolujemy ile trzeba zapłacić i nie zawsze pamiętamy, że nie ma nic za darmo, nawet szybkiej jazdy na rowerze. Tegoroczna edycja Rajdu wokół Tatr pokazała nam miejsce w szeregu.

A zaczęło się tak fajnie

Na starcie mgła, przyjechaliśmy samochodem z Zakopanego i wiemy, że po drodze już się z nią pożegnamy i będzie piękny dzień. Zapowiadane są na popołudnie burze, więc startujemy w jednej z pierwszych grup. o 7:30 opuszczamy Nowy Targ. Zaczynamy w fajnej grupie, nie wszyscy pracują, jednak nikomu to nie przeszkadza. Z mgłą żegnamy się co prawda dopiero w Czarnym Dunajcu jednak i tak początek jest fajny. Jedziemy szybko, nie jest bardzo zimno, zaczyna świecić słońce, generalnie sielanka. Co chwila doganiamy kolejnych kolarzy biorących udział w rajdzie, którzy startowali wcześniej niż my. Postanawiamy dojechać z grupą conajmniej do Oravic. Tutaj zaczyna się podjazd i jazda na kole już tak nie będzie pomagać.

Tuż przed granicą mamy krótki podjazd, trochę weryfikuje grupę, dzielimy się. Na granicy zatrzymujemy się, ponieważ fizjologia nas trochę przycisnęła. Zjadamy też batona, lepiej zjeść na zapas, niż żeby zaczęło ściskać w żołądku. Od Suchej Hory jest zjazd i szybko jesteśmy z powrotem w grupie. Teraz kolejny już dłuższy podjazd, na którym doganiamy grupę. Trochę jednak siły nas to kosztowało.

Grupa wyraźnie się zmniejszyła, juz jedzie nas około dziesięciu osób, na początku było piętnaście, a momentami nasza grupa liczyła nawet ponad dwadzieścia osób. Całkiem fajny peleton.

W Oravicach zatrzymujemy się na chwilę, pora zdjąć kurtkę. Nie ma już mgły i robi się coraz cieplej. Zatrzymujemy się, grupa odjeżdża, jak u zawodowców, nikt na nikogo nie czeka.

Trzeba płacić rachunki

Powoli ruszamy, bez szarpania się. Jednak pierwszy raz od Nowego Targu spojrzeliśmy na komputerek i… już wiemy… Biorąc pod uwagę to, że mamy do przejechania ponad 200 km, a pierwsze 40 km, które w sumie w większości są pod górę, pokonujemy ze średnią prędkością ponad 30 km/h i z takimi watami, że wiemy iż pora się zregenerować. Ciekawe jak, skoro przed nami Podjazd z Oravic i Huty, później dopiero pierwszy bufet. Kolarstwo romantyczne to nie nasza specjalność…

Mocno zwalniamy, pilnujemy, żeby jechać w „zielonej strefie” na Garmin. Patrzymy też na tętno, zaczynamy płacić rachunek za szybką jazdę od startu. Mimo własnych doświadczeń z przed dwóch lat, popełniamy głupi błąd. No nic, zobaczymy jak będzie.

Oravice to 4 km ze średnim nachyleniem 4%, końcówka najtrudniejsza, miejscami ponad 10%. Później zjazd i znowu trochę pozornie płaskiego. „Zmontowała” się jakaś grupka, trochę łatwiej nam idzie.

Podjazd na Huty, to prawie 10 km i średnie nachylenie 3%. Ale, bo jest małe ale, momentami  znowu ponad 10%. Szczęśliwie udaje nam się przejechać całość, równym, spokojnym tempem. Na szczycie zapinamy koszulkę, mimo, że zrobiło się ciepło, to na zjeździe będzie wiało. Ruszamy w dół i zaczynamy myśleć o bufecie.

Głupi ma zawsze szczęście?

W tym roku pierwszy bufet wcześniej, po 70 km. I to w sumie jedyna różnica w porównaniu z zeszłym rokiem. Czyste ToiToi, woda i mydło do mycia rąk, ręczniki. Kabanos, kanapki, drożdżówki, arbuz, banany, woda, izotonik, pewnie coś jeszcze ale nie pamiętamy. Tankujemy picie, szybko coś na ząb i ruszamy. Zaczynamy sami, dalej jest trochę zjazdu, siły wróciły, może ktoś nas dogoni, może my kogoś dogonimy. Jednak chceli byśmy do Pribiliny dojechać z kimś w grupie, będzie dużo otwartych przestrzeni i będzie łatwiej jechać z kimś niż samemu.

Częściowo nam się to udaje. Robi się mała grupa, jednak tym razem patrzymy na waty, za szybko, odpuszczamy. Dojeżdżamy do dwójki przed Liptowskim, jedziemy z nimi przez miasto, nawet w miarę układa nam się współpraca, jednak w Liptowskim Hradok’u odpuszczamy, znowu za szybko. Podobnie jak w zeszłym orku zostajemy sami. Jedziemy swoim rytmem, patrząc na komputerek. Ustalamy sobie limity mocy i tętna, których nie chcemy przekraczać.

Cały czas kogoś doganiamy, przeganiają nas jakeś grupy. Peletony są za szybkie, mijani kolarze… mimo wszystko jadą wolniej niż my. Postanawiamy się znowu zatrzymać „za potrzebą”, stoi tutaj też karetka z obstawy rajdu. Pani z karetki pyta czy nie chcemy wody. Pamiętając zeszły rok, postanawiamy skorzystać z propozycji i dolewamy do jednego z bidonów. Noga za nogą, czasem z kimś chwile rozmawiając dojeżdżamy do drugiego bufetu. Niestety za zbyt szybką jazdę na początku trzeba płacić rachunki. To nie był dla nas fajny odcinek.

Nuda

W sumie nic ciekawego, ta sama „nuda” jak w pierwszym bufecie, szkoda marnować czas, trzeba jak najszybciej zjeść i jechać dalej. Chcemy zdążyć przed zapowiadanymi burzami. Spotykamy też Marcina z którym mamy jechać dzisiaj do Warszawy. Ruszamy razem.

Teraz mamy dużo zjazdów, nogi już się lepiej kręcą. Tempo dużo lepsze. Znowu powstał kliku osobowy peleton, który bez żadnej historii dojeżdża do głównej drogi prowadzącej do Łysej Polany. Tutaj tempo trochę wzrasta, Marcin dał mocną zmianę i grupa się rozerwała. My na początku zostajemy, w końcu mamy jeszcze do przejechania około 40 kilometrów i nie chcemy przesadzić.

W tym roku trasa trochę się zmieniła z powodu umiejscowienia ostatniego bufetu. Skręcamy z głównej drogi i jedziemy w kierunku restauracji Medvedí Brloh Strachan. Niby fajnie, nie będziemy jechać kolejny raz pod Żdiar, jednak… stromo, płasko, z górki i tak ze trzy razy, a do bufetu tak jak na Gliczarów, na szczęście tylko 100 metrów. Widok i zimna Kofola zrekompensowały wysiłek. 🙂 Oprócz tego co znamy z poprzednich bufetów jest jeszcze oscypek z grila i moskole… Qrcze, może rzucić wszystko i zostać tutaj na dłużej?

Ruszamy z Marcinem we dwójkę, podjazd na przełęcz Żdiarską, zjazd do Podspadów, tutaj kilka kropli deszczu i jedziemy dalej do Nowego Targu. Współpraca układa nam się bardzo dobrze, na zmianach nikt nie szarpie, dobre tempo i tak naprawdę za moment jesteśmy na mecie. Czas od startu, idealnie osiem godzin.

Meta

Wymieniamy opaskę na obiad, bierzemy wodę, zjadamy ze smakiem i idziemy się kąpać. W między czasie zaczyna się konkretna burza. Idealnie się uwinęliśmy. 🙂

Warto było kolejny raz się wybrać na Rajd. Bardzo fajny dzień na rowerze, niby trasa ta sama, a za każdym razem inna. Bufety super, zdjęcia fantastyczne, pogoda, jak się spieszyłeś, to też super. Kolejna lekcja kolarstwa, teraz już wiemy, że za jazdę powyżej możliwości trzeba płacić rachunki. Jednak doświadczenia zebrane w tym sezonie pozwoliły nam na tyle się zregenerować w czasie jazdy, że bez większych kłopotów dojechaliśmy do mety i w dodatku w dobrym tempie. Pora zbierać kolejne doświadczenie i nauczyć się jeździć „na czuja”, bez patrzenia na cyferki. podobno można liczyć słupki i patrzyć jak szybko mijają, można też patrzyć czy jedzie się równo z chmurami. Jednak jak to mówią niektórzy: czuja trzeba wyczuć. 🙂

Czy będziemy za rok? Na pewno się zapiszemy, w końcu opłata startowa jest przeznaczona na cele charytatywne. A czy pojedziemy to pogoda nam pokaże, jak będzie lało jak w zeszłym roku, to tylko będziemy trzymać kciuki za śmiałków.

 

zdjęcia – Dominik Gach

This Post Has 2 Comments

    1. w końcu średnia wyszła i tak ponad 28 km/h
      Jednak zjazd od Szczyrbskiego mocno rozpędza i później już do Nowego Targu z ostatniego bufetu też jest szybko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.