fbpx
Tour De Tatry Czyli Jak Spełniać Marzenia

Plan objechania Tatr dookoła rowerem chodził za nami już od kilku lat, zawsze coś było nie tak. To prognoza pogody słaba, to nie było z kim, a jazda w wielkim peletonie albo na raty jakoś nas nie kręciła.

Najlepszy plan to brak planu 🙂

Będąc w Zakopanem na wizycie u fizjoterapeuty, którego zawsze odwiedzamy kiedy coś się dzieje zaczęliśmy rozmawiać o temacie jazdy w około Tatr. Nawet jakiś termin na czerwiec wybraliśmy, to był marzec… Jadąca do Warszawy i myśląc o planach na następny weekend pomyśleliśmy znowu o Tatrach. Telefon do Królika, rozmawiamy o terminie, sobota, nie, ma dyżur. Później okazuje się, że Polska gra o 15.00 ze Szwajcarią, możemy nie zdążyć. 🙂 Pada na niedzielę, start planujemy na 5.00, żeby zdążyć przed upałami i do Łysej Polany podjechać w miarę komfortowo, bez dużego ruchu samochodów.

Cały tydzień sprawdzamy przepowiednię pogody, raz zapowiadają upały, innym razem burze… W piątek potwierdzamy szczegóły, jedziemy, jedyne co nas może zatrzymać przed wyruszeniem to deszcz.

Nie ma jak pobudka o 4.00 w weekend

No i przyszedł ten dzień, Polska wygrała w rzutach karnych ze Szwajcarią i zagra w 1/4 finałów Mistrzostw Europy, a pogoda na niedzielę ma być jednak w miarę dobra, przelotne burze ale ciepło.

Pobudka o 4.00, szybki prysznic, owsianka, banan, napełnienie bidonów. Pakujemy żele i banany do kieszonek, sprawdzenie wszystkich baterii w gadżetach, 4:50, wychodzimy.

Królik właśnie podjechał. Ruszamy, ciepło, jednak nie ma upału, po zjechaniu do Jaszczurówki wiemy, że momentami będzie rześko 🙂 (momentami było 12 stopni, później tęskniliśmy za taką temperaturą, było o 20 więcej) . Łysą Polanę osiągamy po nie całej godzinie. Jedzie się świetnie, widoki o świcie kapitalne, śpiew ptaków, raptem 3-4 samochody nas mijają. Zaczynamy długi zjazd w kierunku Popradu, po to, żeby później skręcić w prawo i rozpocząć powolną wspinaczkę do Štrbskiego Plesa. Cały czas po prawej widać Łomnicę, zaczyna być cieplej, nogi powoli ale rytmicznie kręcą. Zatrzymujemy się od czasu do czasu na zdjęcia, jakiś żel, banan, sączymy izotonik z bidonu, gadamy. Zaczyna się ruch na szosie, coraz więcej aut, jednak zupełnie inna kultura kierowców, mijają nas dużym łukiem, bardzo bezpiecznie. Powoli też zaczynamy mijać kolarzy. Tatrzańska Łomnica, stąd można wyjechać kolejką w Tatry. Dzisiaj z tej atrakcji nie skorzystamy i dalej wspinamy się w górę.

Koło 8.30 osiągamy najwyższy punkt naszej wyprawy, jednak nie skręcamy na Štrbskie Pleso, zatrzymujemy się na parkingu, banan, zakładamy kamizelkę, teraz będzie długi zjazd do Liptowskiego Mikulasza. Zaczyna się chmurzyć, a na trasie został już tylko jeden trudny podjazd pod Huty, później to już tylko kontuzja może nas wyeliminować. 😉

Czy fizjoterapeuta zna się na meteorologii?

10.30 jesteśmy w Liptowskim Mikulaszu, tutaj ma być przerwa na ciastko i Colę. Okazuje się, że Słowacja jednak nie jest krajem, który powszechnie akceptuje karty kredytowe… W końcu znajdujemy kawiarnie koło bankomatu, jesteśmy uratowani. 🙂 Coca Cola – nie obecna. 🙁 Bierzemy Pepsi, jakieś miodowe ciastko i 3 butelki wody mineralnej, 🙂 no co, trzeba dolać do bidonów. Królik wcina ciastko z malinami. Miejsce naprawdę fajne, jednak nie pytajcie o adres albo nazwę, po prostu jedyna kawiarnia koło bankomatu czynna w niedziele rano na rynku w Liptowskim Mikulaszu. 🙂 Wniosek – oprócz karty trzeba było zabrać €.

Zaczyna grzmieć, proponujemy poczekać, jednak Królik mówi, że przejdzie bokiem, fizjoterapeuta, na bank zna się na meteorologii. 😀 „Berek kibelek” i ruszamy, przejeżdżamy 700 metrów, tak, 700, zaczyna się ulewa, szczęśliwie po prawej mamy jakiś budynek z malutkim daszkiem pod którym zmieścimy się my i rowery. Czekamy, ulicami zaczyna płynąć rzeka, na szczęście jest ciepło. Po jakichś 20 minutach zaczyna powoli ustawać i się przejaśniać. Siadamy na rowery, początek chodnikiem, na jezdni rzeka. Dojeżdżamy do Tatralandii, dosyć duży ruch i samochody zaczynają wyprzedzać jak w Polsce. Z pod kół wylatują litry wody, to nie jest fajne. Po minięciu parku wodnego zaczyna się spokojniej i asfalt też już suchy. Do końca już będziemy jechać raz po suchym, drugi raz po mokrym, na szczęście jest ciepło.

Powoli kręcimy, tyłki bolą coraz bardziej, mówimy, że po przyjeździe do Zakopanego trzeba będzie posiedzieć na zimnej butelce. Królik proponuje wersję dla twardzieli, włoży pupę do wiadra z lodem. 🙂 Humory dopisują, jakoś nie myślimy o Hutach, jednak podjazd jest nieunikniony…

To co najgorsze

Jest… 11 km, średnie nachylenie 4%, zaczyna się łatwo. Najgorsze ostatnie 6 km, które można podzielić na dwie części, 2 km ze średnim nachyleniem 8%, a na sam koniec 4,2 km ze średnim nachyleniem 5%. Generalnie, cały czas podjazd „trzyma”. W najbardziej stromej części mówimy Królikowi, że zaczekamy na szczycie, prędkość grubo poniżej 10 km/h, bardzo dużo siły kosztuje nas utrzymanie roweru w pionie. Jadąc własnym tempem powoli dojeżdżamy do szczytu. Jest ok, czujemy się dobrze, trochę bolą nogi, tyłek, to jednak już wiadomo i co najważniejsze w sumie nic strasznego już nas nie czeka, robota prawie zrobiona! Dojeżdża Królik, chwila odpoczynku i zaczynamy zjazd do Zuberca, momentami stromo, więc ostrożnie.

Ostatnia poważna górka między Zubercem i Oravicami, właściwie bez historii, trochę źle się jechało, droga w lesie, mokro, dziurawy asfalt i trzeba było uważać, żeby rower nie został w jednej z dziur, zwłaszcza na zjeździe. Kolejny przystanek, nad rzeką, trochę trzeba się umyć z potu i soli, która już grubą warstwą pokrywa twarz, nogi i ręce. Po krótkim postoju ruszamy dalej.

Kilkanaście kilometrów i na reszcie jest granica! Można powiedzieć, że plan wykonany, zostało około 25 kilometrów. Okazuje się, że to było bardzo nerwowe 25 kilometrów. Zachowanie polskich kierowców na drodze w stosunku do rowerzystów dalej pozostawia wiele do życzenia. Chyba boją się, że ktoś przed nimi może dostać ostatniego schabowego. Stajemy jeszcze w sklepie, trochę wody do bidonów i lecimy dalej. Królik powoli nam słabnie, postanawiamy na chwilkę go zostawić, pognać na stacje BP i kupić po puszce Coca Coli i Snickersie. Musimy dojechać, nie będziemy teraz się poddawać mając tak naprawdę przed sobą zjazd z Krzeptówek i później już tylko dojechać w okolice skoczni. Dawno nic tak nie smakowało…

Marzenie spełnione

Po kilkunastu minutach rozstajemy się z naszym towarzyszem wycieczki, przybijamy piątkę i dziękujemy sobie za wspólne 10 godzin. Zostały jeszcze jakieś dwa kilometry żeby zamknąć pętle. Garmin umarł już kilka chwil temu, nie włączyliśmy oszczędnego zapisu danych, na szczęście Polar działa jak trzeba i będzie zapis z całej trasy.

Reasumując, nie taki diabeł straszny jak go malują. Tour de Tatry w sumie 198 km i około 3000 metrów przewyższenia (duża różnica miedzy tym co podał Polar 2.400, a Garmin 3.080) jest dla każdego kto chociaż trochę jeździ na rowerze. Trudnym podjazdem są Huty, jest w nogach ponad 100 kilometrów i jest to długi, dosyć stromy kawałek. Ważne, żeby na początku nie jechać za szybko, bo dystans jest konkretny. Wyjazd wcześnie rano był świetnym pomysłem, spokój na drodze, śpiew ptaków i kapitalne widoki. Dla tych, którzy chcą pojechać w grupie polecamy wyjazd z Nowotarskim Klubem Kolarskim. Dla ścigaczy Tatry Tour zawody organizowane przez Słowaków.

My teraz musimy się zregenerować i przed nami dwa wyścigi na szosie, Tatra Road Race, a tydzień później Tour de Pologne amatorów. O każdym z nich napiszemy kilka słów.

This Post Has 2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.