fbpx
Tour De Polgone Amatorow

Cały czas się wahaliśmy czy startować w Tour de Pologne dla amatorów czy nie, dokuczał nam brak siły po TRR, zabrakło czasu na dobrą regenerację. Kilka dni przed startem zadzwonił kolega z którym często jeździmy razem, a mamy już za sobą takie eskapady jak przejazd w około Tatr. Postanawiamy pojechać razem z nim, bez szarpania się, ot tak, dla przyjemności. 🙂

Odbiór numerów

Znowu nie zapłaciliśmy przez internet w terminie, można to zrobić na miejscu w Bukowinie. W związku z tym, że jedziemy do Zakopanego dzień przed startem postanawiamy zrobić to po drodze. To był jednak duży błąd, Bukowina zablokowana, kilka godzin wcześniej odbył się etap TdP i w okolicach ronda organizatorzy przestawiają infrastrukturę z etapu czwartkowego na piątkowy… Stajemy kilkaset metrów od ronda, do hotelu idziemy spacerem około 20 minut przedzierając się między rozstawianymi banerami, samochodami organizatorów jadącymi raz w jedną, a za chwilę w drugą stronę. Na miejscu wszystko załatwiamy w 10 minut, mimo, że zapisaliśmy się przez internet to i tak trzeba wypełnić karteczkę, płacimy odbieramy numer. Poźniej idziemy po pakiet startowy, a następnie po medal za udział w wyścigu (sic!).

Po dojściu do samochodu zrobiliśmy wielkie oczy, ponieważ nasze auto z beztroską jest zastawione jakąś konstrukcją drewnianą… a jak parkowaliśmy to jeszcze jej nie było, tak samo jak informacji, żeby nie parkować… Cóż, udaje się nam jakoś wyjechać i udajemy się w drogę z Bukowiny do Zakopanego przez Jurgów… takie malutkie kółeczko. Mamy okazję sprawdzić stan asfaltu w Brzegach, po którym będziemy jutro jechać w dół. Generalnie straciliśmy jakieś dwie godziny, zupełnie niepotrzebnie, można było wszystko załatwić w piątek przed startem.

Ostatnie przygotowania

Rano jedziemy po kolegę, pakujemy rowery i w drogę się do Murzasichla, auto zostaje na parkingu przy zaprzyjaźnionym pensjonacie. Spokojnie wyjeżdżamy rowerami na Bukowinę, po drodze co chwila nas ktoś wyprzedza. 😉 Postanawiamy stanąć w ostanim sektorze, w czasie wyścigu to my będziemy wyprzedzać. 🙂 Mamy też obstawę, druga połowa stanie na końcu podjazdu pod Gliczarów, dostaniemy bidon z piciem na ostatnie kilometry i zostawimy z kieszonek śmieci po żelach i batonach. Po wyjechaniu na górę jedziemy na chwilę do Velo Art, krótka rozmowy z Kubą, berek kibelek, banan, sprawdzamy ciśnienie w kołach i po chwili kiedy w namiocie Carrefour ruszyła muzyka „taneczna”, postanawiamy udać się na start. Stajemy pod koniec peletonu, udaje nam się schować w cieniu, termometr pokazuje i tak 25 stopni Celsjusza. Jest godzina 9:15, do startu pierwszego sektora prawie 30 minut.

W między czasie dzwoni jeszcze jeden znajomy z informacją, że jest w czwartym sektorze, ma parasol i czeka na nas. Parasol w celu zrobienia cienia, jeszcze nie pada. 🙂 Umawiamy się, że będziemy go gonić i zostajemy tam gdzie jesteśmy. 9:40, widać jak ruszył pierwszy sektor, co kilka minut przesuwamy się w kierunku linii startu. Mniej więcej około 10:15 przyszła i na nas kolej.

Pierwsze koty za płoty

Zaczynamy spokojnie, jesteśmy na samym końcu sektora, który okazał się jednak przedostatnim a może i nawet trzecim od końca. Sędziowie puszczali kolejne sektory „na oko”, dzięki czemu nie ma dużego tłoku i można spokojnie jechać. Wydostajemy się do ronda w Bukowinie, skręt w prawo w kierunku Łysej Polany, pierwsi „zawodowcy” nasz wyprzedzają, Królik mówi, że coś wolno jedziemy, my jednak szybko odpowiadamy, że jest duża szansa wyprzedzić ich już pod Rzepiska (sapią jak stare lokomotywy, mimo, że sprzęt „na wypasie”). Skręt w lewo, w kierunku Brzegów, krótki zjazd, krótki podjazd i zaczynamy szybki zjazd do Jurgowa.

Królik trochę został z tyłu, jednak my też nie rozpędzamy się za bardzo. Widać, że dużo osób nie do końca potrafi jechać w grupie, wykonują gwałtowne ruchy w prawo i lewo, więc ręce cały czas na klamkach od hamulców. W Jurgowie dojeżdża Królik i spokojnie sobie jedziemy chwilę rozmawiając z motocyklistą obstawiającym wyścig. Umawiamy się, że każdy Rzepiska jedzie swoim tempem. My będziemy spokojnie zjeżdżać do Łapsz, gdzie dogoni nas Królik, który nie wierzy w to, że wyjedzie i planuje podejść.

Rzepiska i dalej

Na początku podjazdu wydawało się, że będzie spokojnie, większość jedzie, zaledwie kilka osób idących. Jakże się pomyliliśmy, znowu stoją samochody, każdy z nich zabiera mniej więcej jedną czwartą i tak wąskiej drogi, a po pierwszych stu metrach coraz więcej osób zsiada z rowerów. Cały czas krzyczymy „lewa wolna” i jakoś udaje się jechać. Mniej więcej w połowie podjazdu zaczęło być słychać sygnał karetki, który w połączeniu z naszym „lewa wolna” spowodował, że ostatnie 200 metrów jechaliśmy po królewsku. 🙂

Trochę płaskiego, mijamy kościółek, znowu pod górę, po prawej widok na Tatry, powoli kręcimy czekając na Królika. Nie dogonił nas do samego szczytu, mimo, że jedziemy naprawdę wolno. Przed samą kapliczką w Łapszance mijają nas „zawodowcy”, gdzieś musieli spacerować, bo nie pamiętamy ich z podjazdu. Jedziemy spokojnie w dół, czasem zakręcimy pedałami, cały czas czekając na Królika. Dogania nas mniej więcej w połowie zjazdu. Pojawia się też koło nas motocyklista z którym rozmawialiśmy w Jurgowie.

Teraz przed nami tylko podjazd w Łapszach w kierunku Trybsza i raczej płasko. Królik na kole, mówimy mu, że będziemy kręcić maksymalnie 120 Watt i ma się nas trzymać. W pewnym momencie jedzie za nami grupa około dwudziestu osób (sic!). Spokojnie dojeżdżamy do Szaflar, tutaj droga prowadzi trochę inaczej niż rok wcześniej ze względu na remont mostu w Białym Dunajcu. Mamy kawałek szutru. 😉 Ustalamy taktykę na Gliczarów, my zatrzymujemy się na psikundę, a Królik swoim tempem jedzie dalej. Spotkamy się na końcu podjazdu gdzie tuż przed bufetem ma czekać na nas nasz Support.

Gliczarów i co później?

Jak zaplanowaliśmy tak zrobiliśmy, Królik spokojnie jedzie dalej, my wypatrujemy zacisznego miejsca na spokojny postój. Na chwilę się zatrzymujemy i ruszamy dalej, to jest ta część peletonu, gdzie już większość myśli o tym, żeby było po Gliczarowie. My ten podjazd znamy, zaczyna się niewinnie, jedziemy wzdłuż potoku, nawet jest króciutki zjazd. A później wyrasta przed nami ściana. Mniej więcej w połowie robi się trochę łatwiej, jednak to jest dalej ponad 10%… Tutaj doganiamy Królika, robi krótką przerwę i tak naprawdę jest jedyną osobą, którą wyprzedzamy próbującą podjechać. My spokojnie lewą stroną, mijamy piechurów i za chwilę jesteśmy na końcu podjazdu. Support jest. 🙂 Oddajemy puste bidony, zostawiamy śmieci i bierzemy jeden pełny. W bufecie nie mam wody… Na szczęście Support ma, obmywamy twarz i czekamy na Królika. Po kilkudziesięciu sekunda pojawia się, pije wodę, myje twarz, mówi, że łapią go skurcze.

Powoli ruszamy, karkołomny zjazd, na końcu którego jest ostry zakręt w prawo i kolejny podjazd. Tuż przed skrętem warto zmienić przełożenia, bo z blatu ciężko zakręcić. Wiele osób schodzi z rowerów i ręką obraca korbami, żeby zmienić przełożenia. My spokojnie jedziemy, Królik narzeka na skurcze, kazaliśmy mu dużo pić, i starać się jechać na jak najlżejszym przełożeniu. Rywale jadący obok w większości walczą o przeżycie. Robi się mniej stromo, skurcze puszczają i jedziemy dalej. Przed nami kolejny zjazd, który kończy się stromym fragmentem i skrętem w prawo. Zostaje nam podjazd pod Bukowinę.

Spektakularny finisz. 🙂

Do ronda dojeżdżamy bez większych przygód, sam początek podjazdu pod Bukowinę jest najbardziej stromy, zostały nam do mety 4 km. Słońce schowało się za chmurami. Szykujemy się do spektakularnego finiszu. 😉

Zostało nam dosyć dużo siły, Królikowi w sumie też, tylko jeszcze o tym nie wie… 🙂

Jedziemy równym tempem, Królik na kole i cały czas mijamy kolejne osoby. Jeden młody chłopak w stroju Rasso próbuje nam odskoczyć, no cóż, nie może z nami wygrać. Szybka kontra, dojeżdżamy do koła i jedziemy za nim. Dojeżdża do nas Królik, młody próbuje jeszcze raz i powtórka z rozrywki… Tym sposobem mijamy kolejne osoby, które już naprawdę ledwo jadą. Ostatni kilometr, ciągniemy Królika, jedziemy coraz szybciej, bo i teren coraz łatwiejszy. Ostatnie 500 metrów piec. 🙂

Na ostatnich stu metrach wyprzedzamy kolegę z czwartego sektora. 🙂 No cóż, skoro mu obiecaliśmy to trzeba było dotrzymać słowa.

Tour de Pologne amatorów – czy warto?

Z pewnością niesamowitym przeżyciem jest to, że jedziemy trasą, na której za chwile pojawiają się kolarze z World Tour. Przy trasie kibice i doping jak dla zawodowców. Meta w tym samym miejscu w którym za chwilę będą finiszować jedni z najlepszych kolarzy świata. Impreza olbrzymia, dużo startujących, trochę bałaganu robi niezliczona ilość samochodów organizatora na trasie. Pod koniec zabrakło wody dla zawodników w bufecie, co przy tym upale było z pewnością dla wielu kłopotem.

Na wynik sportowy ciężko liczyć, bo w takim tłumie z tą ilością kolarzy, którzy nie potrafią jeździć w grupie trzeba bardzo uważać. Czy polecamy? Raz w życiu warto! 🙂

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.