fbpx
Surfing

Niesamowity sport do oglądania, surfing wydaje się taki łatwy. Po prostu, sport dla wszystkich. Opaleni mężczyźni i piękne kobiety, z lekkością płynący na fali, kryjący się w tunelach wodnych. Łatwizna. Od dawna chcieliśmy spróbować, druga połów też. Co prawda nie myśleliśmy, że zrobimy to na Bali, bardziej mieliśmy w głowie Hawaje lub Australię, jednak na to dopiero przyjdzie pora.

Wybór szkoły

Odrazu odradzamy Wam próby komunikacji ze szkołami surfingu na Bali za pomocą ich formularzy na stronach. Próbowaliśmy 3 i nic z tego nie wyszło. Jedna ze szkół odpisała na email, jednak chcieli nam sprzedać pakiet na 5 dni, mimo, że napisaliśmy, że interesuje nas jedynie  jednodniowa lekcja dla początkujących.

Ostatecznie wybraliśmy ofertę, która była sprzedawana przez hotel w którym mieszkaliśmy w Jimbaran. Zwłaszcza, że różnica w cenie była nieznaczna, około 50.000 rupii (dla przypomnienia, 100 $ to trochę prawie 1.500.000 rupii). Dostajemy potwierdzenie rezerwacji i informację, że na miejscu w szkole za wszystko możemy zapłacić kartą kredytową. Dodatkowo jest napisane, że na miejscu dostaniemy koszulki, board shorty i krem z blokerem. A po lekcji czyste ręczniki do wytarcia się. Tak więc będziemy pływać z Pro Surf School and Camp Bali.

Następnego dnia rano jesteśmy gotowi koło 11.00. Kierowca jest punktualnie. Ma sylwetkę zawodowego kolarza (taki chudy), włosy do pasa i wygląda jak surfer (tak nam się przynajmniej wydaje). 🙂 Jedziemy mniej więcej 30 minut na plażę Kuta. Początek ma być na sucho, później w basenie, i na koniec mamy się przenieść do oceanu. Oczami wyobraźni już widzimy te zdjęcia, już widzimy te wspomnienia, plaże przy zachodzącym słońcu. Prawie kupiliśmy bilety do Australii, w końcu z Bali jest już blisko.

Szkoła

Krótkie formalności czyli płacimy za lekcję. Dostajemy po koszulce z lycry (do oddania), damska i męska, jednak kolor ten sam, błękitny. Po zapachu sądząc nie dosychaj po lekcjach. 🙂 Spodenki mamy własne. Czekamy na początek zajęć z Andre. Na lekcji będzie z nami jeszcze Julia. Startujemy o 12:00. Najpierw  będzie trochę teorii. Przechodzimy do miejsca gdzie są deski, prysznice i Andre (chociaż raczej Andrej – nasz instruktor z pochodzenia jest Rosjaninem) pyta nas czy już próbowaliśmy surfingu. My nie, Julia tak, gdzie, no wiecie, Nowa Zelandia, Australi, Hawaje… WOW Nowa Zelandia nie dziwi nas za bardzo, bo tam Julia mieszka. Instruktor prosi Julię, żeby pokazała co trzeba zrobić, żeby zacząć płynąć. Czyli przejście z pozycji leżenia na brzuchu do stania na desce.

W sumie proste, czekamy na falę, jak ją wybierzemy to ustawiamy się dziobem deski w kierunku brzegu i prostopadle do napływającej fali. Jak fala zaczyna się zbliżać to zaczynamy wiosłować rękami, im fala bliżej tym szybciej. Jak fala będzie miała do nas jakieś 2-3 metry to kilka ruchów na „full gaz”. Później kładziemy dłonie na desce, prostujemy ręce w łokciach, zapieramy się na nich. Nie odrywając bioder od deski. Następnie wstajemy, najpierw dając do przodu nogę nie przypiętą do smyczy. Na koniec dokładamy drugą, tak żeby stać mniej więcej pod kątem 45 stopni do osi deski, mając stopy oddalone od siebie trochę bardziej niż szerokość bioder. Nogi lekko ugięte, głowa skierowana do brzegu. Ręce na boki i cieszymy się przygodą. Każdy spróbował kilka razy, łatwizna. Juli w między czasie powiedziała, że lot z Denpasar na Bali do Sydney to około cztery godziny

Na koniec krótko o pływach i o tym skąd biorą się fale, jednak na tej części już nie uważaliśmy zbytnio, myślami byliśmy już na Hawajach.

Praktyka

To na tyle teorii, teraz przechodzimy do praktyki.

Ostatnie uwagi od Andre, głównie, że mamy zabrać ze sobą picie i w ogóle przed wyjściem nawodnić się. Przejmuje nas Nana (imię wskazuje na to, że mamy do czynienia z kobietą, jednak jest mężczyzną). Nasze deski są dmuchane, przez to są bezpieczniejsze, nie zrobią nam krzywdy, kiedy nas uderzą, jednak są mniej stabilne. Mimo wszystko są ciężkie i nieporęczne. Dzielnie idziemy na plażę, drugiej połowie pomaga Nana, Julia daje radę sama, nam nie wypada narzekać.

Nana przypomina nam, gdzie są czerwone flagi, to między nimi ocean będzie nas zbliżał do brzegu (to ta teoria na której nie uważaliśmy). Przypinamy smycz do nogi i idziemy do wody. Najpierw trzeba się przedrzeć przez fale, później położyć na desce, z pierwszym startem pomoże nam instruktor. Ale będzie jazda. Zaczyna Julia, w końcu miła praktykę na Hawajach. Jakby to powiedzieć, trochę jej nie poszło. Pewnie miała tam słabych instruktorów. Teraz my, zaraz pokażemy jak się pływa. Na plaży jakaś wycieczka z miejscowych szkół, dziewczyny, już widzimy jak wiwatują. Czekamy na falę.

Jest ta jedyna wymarzona, Nana puszcza deskę, każe wiosłować, krzyczy, żeby się podnieść na rękach, a później, że trzeba wstawać. Ale będzie jazda. Wstajemy i nagle deska staje dęba, a my spadamy do tyłu. Tłumy wcale nie mają zamiaru wiwatować, współczucia też nie ma, takich jak my pływających obok deski jest conajmniej kilkadziesiąt osób.

Teraz druga połowa, jeżeli chodzi o równowagę, to my jesteśmy cienkie Bolki w porównaniu z nią, zaraz nam pokaże jak się pływa. Nie bez satysfakcji zauważamy, że jej też nie poszło za pierwszym razem 🙂

Surfing – sama przyjemność

Generalnie nie ma co za dużo opowiadać. Na pierwszej części lekcji jakoś szło drugiej połowie, nam mniej. Deska parę razy została przez nas utopiona, bo za wcześnie przestaliśmy wiosłować. Kilka razy wpadliśmy do wody w prawo lub w lewo. No dobra, kilkanaście. 🙂 Na szczęście robimy przerwę, chwilę odpoczywamy. Pijemy wodę, szczerze mówiąc, takiej ilości pompek to dawno nie zrobiliśmy.

Surfing to sport dla wszystkich

Drugiej połowie dwa razy poszło całkiem dobrze, raz prawie dopłynęła do brzegu. My kilka razy popłynęliśmy z falą, jednak nie wstając z deski tylko dalej na niej leżąc. 🙂 Też fajnie, a co… to tak jakby jechać na snowboard’zie siedząc na nim… W końcu surfing to sport dla wszystkich, Andre, nie mówił, że nie można na leżąco. 🙂

Po przerwie warunki jakby inne, fale wyższe, wszystkie mocno załamujące się i pieniące. W czasie marszu w kierunku oceanu, woda podnosi się z takiej do pas do takiej która nas kryje. Trzeba sprytnie podskakiwać i w dodatku w tym samym momencie podnosić dziób deski, żeby jej fala nie pociągnęła w kierunku brzegu. Zabawa już dużo gorsza, bo warunki zdecydowanie trudniejsze. Julia po przerwie też jakoś rzadziej pływała niż przed przerwą. Nana mówi, że jeszcze 10 prób. Po dwóch zarówno my jak i Julia mówimy dosyć. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, chyba trochę też rozczarowani… Surfing to nie taki łatwy sport jakby się mogło wydawać, nie ma nic wspólnego ze snowboardem, a o biegówkach czy kolarstwie nie wspominając. 🙂 Fale potrafiły nas tak skotłować, że z board short’ów robiły nam się prawie stringi. Drugiej połowie, mimo koszulki, biustonosz od stroju kąpielowego podniosło, aż po szyję. 🙂

Surfing czy to sport dla wszystkich?

Pewnie zapytacie czy polecamy, tak, polecamy surfing jest sportem, którego warto spróbować, jednak nie decydujcie się przed pierwszą lekcją na kupowanie biletu do Australii czy na Hawaje.  Chyba, że na zwiedzanie, a nie surfing. Zapłaciliśmy za dwie osoby 1.200.000 rupii, w cenie mieliśmy zawarte koszulki (do zwrotu ;)), właściwie dowolną ilość wody do picia, możliwość skorzystania z prysznica po zajęciach, ręczniki do wytarcia się. Te były świeżutkie, nie można było się do nich przyczepić. Była możliwość kupienia zdjęć z zajęć, robionych prze fotografa szkoły. Ciężko jednak było coś fajnego wybrać, głównie byliśmy w wodzie obok deski czy nawet pod nią. 🙂 Dużym plusem tej lekcji było to, że przelała nam się potężna ilość słonej wody przez zatoki. Lepsze niż Irigasin 🙂 Może przebrniemy sezon zimowy bez kataru…

Aha, najważniejsze, surfing to sport dla wszystkich, pod warunkiem, że Ci wszyscy potrafią pływać. Bez umiejętności pływania nawet nie próbujcie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.