fbpx
Gepardy Na Polowaniu

Safari to po prostu podróż w języku Swahili. Jak pewnie pamiętacie, wyjazd do Kenii bez Safari to jak picie szampana bez bąbelków. 😉 W związku z tym, że nie „zdurnieliśmy”, to długo przed wyjazdem postanowiliśmy wszystko sobie zaplanować.

Jak wybrać ofertę na Safarii?

Opcje wyjazdu na safari były różne, wykupienie wycieczki na miejscu od rezydenta albo od sprzedawców na plaży. Jest też trzecia opcja, można zarezerwować w miejscowym biurze przed wyjazdem. Poszedł w ruch TripAdvisor i zaczęliśmy też szukać opinii polski turystów. Jak pewnie się domyślacie te ostatnie dzieliliśmy przez pół, zarówno pozytywne jak i negatywne. Polacy albo narzekają, taka nasza natura albo koloryzują, żeby pokazać jak „sprytnie” wszystko wybrali.

Zdecydowaliśmy się na African Mosaic Tours and Safaris. Przekonały nas zdjęcia z Martyną Wojciechowską i kilka pozytywnych opinii w internecie, negatywnych nie było. Napisaliśmy e-mail i po dosłownie kilkunastu minutach otrzymaliśmy pierwsza propozycję. Po sprecyzowaniu czego oczekujemy ustaliliśmy ostateczny plan i umówiliśmy się w hotelu na spotkanie dzień przed safari. Plan był prosty, opcja na dwa dni (tak naprawdę jedna noc poza hotelem) i chcemy zobaczyć jak naprawdę wygląda dzika Afryka (tej prawdziwej pewnie i tak nie zobaczyliśmy, podróżowaliśmy trasami turystycznymi). Jedziemy do Tsavo East, a spać będziemy w Voi Wildlife Lodge. Wybieramy opcje tylko dla dwóch osób, powodów jest co niemiara. 🙂

Spotykamy się z Maxem, właścicielem biura w niedzielę przy recepcji. Prosi o podjechanie do biura, tam mamy zapłacić i podpisać dokumenty związane z podróżą. Wcześniej wysłaliśmy numery paszportów, żeby zrobić rezerwację noclegu w lodgeie. Tutaj był mały zgrzyt, w związku z tym, że o mniej więcej tej samej porze było spotkanie z rezydentem postanowiliśmy się podzielić, a nóż widelec powie coś ciekawego? Do biura miało być bardzo blisko i za 5 minut mieliśmy być z powrotem. Okazało się, że do biura jedzie się 10 minut, formalności zajęły kolejne 10 minut, razem nie było nas pół godziny… na szczęście był to ostatni zgrzyt.

Ruszamy

W poniedziałek pobudka w środku nocy według polskiego czasu, kierowca miał być po nas o 6.00 (dla przypomnienia to 4.00 w Polsce :D). Idziemy na wczesne śniadanie, coś podkręciliśmy dzień wcześniej i nie zamówiliśmy sobie lunch boxów. Bardzo miły kelner po naszej prośbę przynosi nam jeszcze kilka bananów i ruszamy w kierunku recepcji. Morris, nasz kierowca już czeka. Sylwetka maratończyka, eleganckie spodnie khaki, ciemno zielona koszula z długim rękawem. Ruszamy, po drodze jeszcze, tankowanie, zakup wody na drogę i jedziemy na upragnione safari.

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów przestajemy narzekać na polskie drogi. Główna autostrada w Kenii między Nairobi, a Mombasą momentami przypomina wielką piaskownicę. Ruch dosyć duży, na początku cieżko było przywyknąć do tego, że obowiązuje ruch lewostronny w końcu to była kolonia brytyjska. Wielokrotnie nasz kierowca zjeżdża na pobocze, które jest całkiem równe i wyprzedza ciężarówki i autobusy. Mimo to podróż była bezpieczna, bez stresujących sytuacji.

Zatrzymujemy się kilkanaście kilometrów przed parkiem na krótką przerwę, takie miejscowe centrum handlowe z restauracją i toaletami. 🙂 Udało się panów od pamiątek przekonać, że zakupy zrobimy w drodze powrotnej. Z panem, który otwierał dach w naszym samochodzie przy bramie parku poszło gorzej. Zostaliśmy właścicielami dwóch fantastycznych kapeluszy. 😉

Początki w parku

Wjeżdżamy bramą o nazwie Buchuma, już po kilkuset metrach widzimy wielkie stado zwierząt, okazuje się po chwili, że to krowy. 😀 Nasz przewodnik / kierowca, cały czas rozmawia prze krótkofalówkę z kolegami, bardzo często pada słowo barabara… Mijamy jakieś pojedyncze antylopy, jakaś zebra, właściwie nic ciekawego… Po nie całej godzinę zaczynamy jechać trochę szybciej. Podjeżdżamy do miejsca gdzie są już dwa samochody i nagle za krzakiem jest! Lwica ucina sobie krótką drzemkę. W parku jest dużo słoni, są nazywane czerwonymi. Bierze się to z tego, że taki kolor ma tutaj ziemia, a jak się domyślacie trochę się kurzy.

Przed 14.00 przyjeżdżamy do miejsca gdzie będziemy spać i jemy lunch. Bufet z naprawdę pysznym jedzeniem, jest kurczak, wołowina, ryba, ryż, makaron, ugali, są jarzyny surowe albo z grilla. Desery były tylko takie sobie. 🙂 wypijamy jeszcze po kieliszku białego wina, herbata i mamy prawie dwie godziny wolnego. Postanawiamy chwile posiedzieć w basenie. Na pewno zakwaterowanie to nie był wielogwiazdkowy hotel, jednak było czysto, smacznie i wygodnie. 🙂

Na drugi game drive ruszamy koło 16.00. Mówimy naszemu przewodnikowi, że chcemy zobaczyć lwa, bardzo też chcieliśmy zobaczyć żyrafę ale to miało być łatwe. Morris zamienia się w myśliwego. Coś pyta przez radio, jednak cały czas się rozgląda, wyraz twarzy kompletnie się zmienił. Wstąpił w niego instynkt łowcy. Po długim czasie zatrzymujemy się, pokazuje nam w oddali sempy na drzewach. Tam może być lew ze swoim obiadem. Jednak nie wolno nam zjeżdżać z drogi, a nawet jakby było można to nie przebijemy się przez krzewy. Nic, jedziemy dalej. Widzieliśmy już mnóstwo rodzajów antylop, zebry, bardzo dużo słoni, była jedna żyrafa, strusie, lwice, bawoły.

Safari to po prostu podróż

Wieczór spędzamy z Morrisem, trochę rozmawiamy o tym gdzie fajniej na safari, trochę o Kenii i idziemy spać. Jutro znowu ruszamy o bardzo wczesnej porze.

Pobudka przed świtem, sawanna budzi się do życia, do wodopoju przychodzą kolejne zwierzęta, najpierw małpy, później słonie, po nich samotny bawół. A to wszystko w czasie śniadania, które jemy na tarasie i mamy całe zoo jakieś 20 – 30 metrów od siebie. Jak na filmach.

Ruszamy, cały czas jakieś rozmowy przez radio, cały czas barabara, w końcu uświadamiamy Morrisa co to oznacza po Polsku. Uśmiał się chłopak. Zatrzymujemy się w miejscu gdzie zaraz przez drogę będzie przechodzić duże stado słoni. Jest ich prawie 50, mijają nas w odległości jakichś 20 metrów. Jedziemy dalej, nagle zaczynamy mocno przyśpieszać, cały czas wymiana zdań przez radio, zawracamy i dojeżdżamy do miejsca gdzie stoi około 6 samochodów. Wszyscy robią zdjęcia. Morris powoli przejeżdża koło nich, niektórzy odjeżdżają. Polujące gepardy. Są cztery, nawołują się, idą, zatrzymują i to chyba był najpiękniejszy moment z całego safari. Obserwować polujące zwierzęta, przechodzące od nas bez mała na wyciągnięcie ręki. Safari to po prostu podróż, która może dostarczyć emocji, powodujących, że łza kręci w oku. 😅

Powrót

Powoli kierujemy się do bramy wyjazdowej i cały czas pytamy o Króla Lwa. Już prawie jesteśmy przy bramie wyjazdowej i zatrzymujemy się. Morris coś widzi, my dopiero przez teleobiektyw. Nikt nie ma pewności czy to lew czy lwica… patrzymy na zdjęcie w aparacie, dalej nie ma pewności. Nic będzie powód, żeby wrócić do Afryki. Wieczorem po zgraniu zdjęć do iPad’a okazuje się, że to jednak był lew. Nie szkodzi, wrócimy do Afryki.

Droga powrotna dłuży się, zatrzymujemy się w tym samym „centrum” handlowym, jemy lunch i jedziemy dalej w kierunku wybrzeża. Ruch jeszcze większy niż dzień wcześniej. Na szczęście na prom wjeżdżamy błyskawicznie i po kolejnych kilkudziesięciu minutach jesteśmy w hotelu. Żegnamy naszego przewodnika i idziemy coś zjeść.

Bardzo krótkie podsumowanie

Wyjazd do Kenii bez Safari to jak picie szampana bez bąbelków, tak to prawda. 😉 Safari to po prostu podróż, czas pełen niezapomnianych przeżyć. Kiedyś jeszcze tu wrócimy, spełniać kolejne marzenia. 🙂

This Post Has 2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.