fbpx
Red Bull Bieg Zbójników

Zeszłoroczna przygoda z Red Bull Bieg Zbójników chwile nam się odbijała czkawką. W 2017 roku miało być inaczej. Po prawie dwóch tygodniach w Jakuszycach, po dobrym biegu Walentynkowym, wycieczce na Turbacz i paru kolejnych treningach w ostatnim tygodniu jechaliśmy na start pełni optymizmu. Czuliśmy się dobrze i wiedzieliśmy gdzie rok wcześniej popełniliśmy błędy.

Poranek

Na Jankulakowskim Wierchu zameldowaliśmy się kilka minut po 8.00. Wieje, mocno wieje, od zachodu. Na koniec będzie nie tylko pod górę ale i pod wiatry. Start ma być w samo południe, tak więc mieliśmy bardzo dużo czasu. Odbieramy numery, wszystko sprawnie i szybko. Wypełniamy kupony na konkurs i… no właśnie, coś trzeba z sobą zrobić. Idziemy zobaczyć czy stok ładnie przygotowany. 🙂 Jak co roku elegancko, piękny sztruks. Jak będziemy dobiegać do mety to już tak fajnie nie będzie. Cóż taka jest cena bieganie w drugiej części stawki. 😉

Staramy się jakoś zabić czas, pojawiają się kolejni znajomi gotowi do startu w Red Bull Bieg Zbójników 2017, z Zakopanego, z Krakowa, z Warszawy, z innych imprez. Rozmawiamy, kupa śmiechu. Konferansjerzy postanowili schować się przed wiatrem w barze. Siedzimy przy jednym stoliku, jest naprawdę wesoło. 🙂 W tak zwanym między czasie dowiadujemy się, że tuż po starcie jest skocznia, tak, skocznia. Jakoś nikt nie chce podać jaki jest jej punkt konstrukcyjny, wiemy jedno, może być wesoło. O siebie się nie boimy, jednak na te zawody może się zapisać każdy.

O skoczni zaczynają krążyć legendy, a my idziemy się przebrać. Ściągamy ocieplacze, zakładamy strój startowy, numer, buty, zabieramy narty i idziemy na odprawę dla zawodników. W sumie odprawa niczym się nie różni od tych ostatnich. Nowością jest, że osobą reprezentującą Red Bull nie jest wysoki przystojniak, a ładna blondynka. 🙂 Potwierdzają się plotki o skoczni…

Ostatnie chwile przed startem

Na start dostajemy się identycznie jak w zeszłym roku, trzeba kawałek przebiec trasą zawodów w kierunku Kotelnicy Białczańskiej, a poźniej zjechać na dół, na nartach lub wyciągiem nr 1. My wybieramy wyciąg. Tutaj już tak nie wieje, a na dole pogoda dla bogaczy. Bez wiatru, słonko, ciepło. Aż się nie chce nigdzie ruszać, nic tylko znaleźć jakiś leżak i drinki z palemką. 🙂 Postanawiamy jednak wystartować. Robimy rozgrzewkę, rozbieramy się z ciepłych rzeczy, oddajemy do depozytu, żelek. No i tak samo jak rok temu, nie mamy czym go popić… Znajomi mają tylko Red Bull, na szczęście DJ Benito ma Pepsi, jakoś to będzie.

Ustawiamy się w połowie stawki, trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Po raz kolejnym organizatorom nie wyszło ustawianie zawodników według numerów. Za to w tym roku nie ma już nikogo, kto biegnie incognito. Wszyscy w pięknych damskich serdakach z numerem. Skocznie w czasie rozgrzewki „obczailiśmy”, nie powinno być źle.

Poszli

3, 2, 1, start. Tym razem nic i nikt nas za kije nie złapał, pierwsze 150 metrów pod górę, oj, znowu do pierwszych rzędów wyrwali się tacy co ledwo z miejsca ruszyli. Biegniemy po zewnętrznej trochę nadkładając drogi, nie ma tłoku na skoczni po naszej stronie. Kilka osób już leżało na niej. Nasza taktyka się sprawdziła, skok bez historii, teraz zakręt w lewo na dużej bandzie i zaczyna się. Początek jest najtrudniejszy, 1.500 metrów non stop pod górę i pokonujemy 200 metrów różnicy wzniesień. Odpoczniemy dopiero na trasie biegowej, tam są zjazdy. Mając w głowie zeszły rok staramy się nie forsować tempa, spokojnie wybieramy teren, w nocy był mróz, jednak w niektórych miejscach zrobił się już „piasek” i narty się w nim zagrzebują.

Do szczytu docieramy bez przystanków i w miarę dobrej formie. Przed sobą mamy dosyć długi zjazd, prawie kilometr, można trochę odpocząć. Narty jadą jak szalone, niestety musimy wychodzić z torów i przy naszej technice zjazdu robi się nerwowo. 🙂 Jednak udało się, nie było wstydu i nie wyłożyliśmy się na zjeździe. Teraz na trasy biegowe gdzie, czekają nas dwie pętle, właściwie bez historii. Przeszkody mijamy bez większych problemów. Belki, fladry, to samo co w zeszłym roku. Przy „wodopoju” bez przerw, bierzemy w locie kubek, łyk wody i do roboty. W bufecie były jeszcze banany i Red Bull, w końcu to Red Bull Bieg Zbójników. Na drugiej pętli tak samo i powoli zbliżamy się do deseru. 😉

Końcówka

Ostatnie 300 metrów i prawie 40 metrów przewyższenia… Biegniemy między bramkami slalomowymi i w odróżnieniu od poprzedniego roku mamy 3 osoby przed sobą i są w naszym zasięgu. Pierwsza eliminuje się sama, zaczepia nartą o bramkę i z łatwością ją mijamy, kilkanaście metrów dalej mamy drugiego zawodnika. Trzeci wydaję się daleko, staramy się nie przesadzić i powoli, krok po kroku pniemy się w górę. Końcówka jest łagodniejsza. Mamy do mety około 50 metrów, a nasz przeciwnik ma jakieś 10 metrów przewagi. Zaciskamy zęby, kilka mocniejszych odepchnięć i jest, mamy go. 🙂 META.

W czasie tej imprezy jest fantastyczne to, że mimo iż narciarze zjazdowi mają na kilkadziesiąt minut wyłączoną część stoku to nie słychać narzekań. Mało tego, można liczyć na doping, a najfajniejsze jest to, że im bliżej mety tym głośniejszy. Po przebraniu się w suche rzeczy idziemy zjeść i czekamy na rozdanie nagród. Jest rozstrzygnięcie konkursu kreatywnego, nagrody za premię górską, a na koniec koronacja najlepszych Zbójniczki i Zbója.

Sprawdzian przed Biegiem Piastów w tym roku uważamy za zaliczony, a Red Bull Bieg Zbójników to impreza naprawdę bardzo fajna, jedyna w sowim rodzaju i jak tylko zdrowie i czas pozwolą to do zobaczenia za rok. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.