fbpx
DCIM100GOPROGOPR8562.

Już po raz dwudziesty drugi odbył się Rajd wokół Tatr, impreza zapoczątkowana w 1996 przez Zygmunta Ostapiuka właściciela sklepu Rowex. Przez ostatnie 3 lata była organizowana przez Nowotarski Klub Kolarski, a od tego roku przez Stowarzyszenie Rajd wokół Tatr. Zawsze się odbywa w ostatnią niedzielę sierpnia. Trasa różni się od tej, którą pokonaliśmy w czerwcu tym, że start jest z Nowego Targu i na koniec nie jedziemy do Łysej Polany. W miejscowości Podspady skręcamy w prawo do Jurgowa.

Jedziemy czy nie jedziemy?

Znajomy namawiał nas na uczestnictwo w tej imprezie już w lipcu w czasie Tatra Road Race, cały czas biliśmy się z myślami. Czerwcowa przygoda kosztowała nas dużo zdrowia i nie byliśmy przekonani czy mamy siłę na jeszcze jedną taką „wyrypę”. Starty, które zawsze owocowały skurczami po jakichś 40 – 50 kilometrach nie napawały optymizmem. Na Facebook’u pojawiła się informacja, że kończą się miejsca, zapłaciliśmy i klamka zapadła.

Sierpień pod względem kolarskim był całkiem dobry. Jeździliśmy za każdym razem kiedy sprzyjała pogoda i było trochę czasu. Nasze „treningi” można obserwować na profilu Instagram, jak widać nie ma tego zbyt wiele. 🙂 Co gorsze postanowiliśmy wrócić do biegania, jak na razie skutki są opłakane i poznajemy nowe mięśnie o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy…

Na weekend prognoza pogody jest optymistyczna. Co prawda jest szansa na mały deszcz rano i być może po południu jednak większość dnia ma być słoneczna i ciepła. W sobotę wieczorem wszystko przygotowane. Strój, batony i magnez na bufety nr 2 i 3, daliśmy też na wszelki wypadek rzeczy gdyby zaczęło padać. Bufety mają być zaopatrzone w banany, wodę, izotonik,  colę, kanapki i kabanosy. 😉 Postanawiamy do pierwszego nie dawać nic, dystans między pierwszym, a drugim to 50 km, a zakładamy, że i tak nie zjemy wszystkiego co zabierzemy na start. W końcu dziadek zawsze mówił „lepiej nosić, niż się prosić”. 🙂

Jak my nie lubimy wstawać wcześnie rano…

Do Nowego Targu z Zakopanego jakoś trzeba dojechać. Niby możemy zrobić to na rowerze i tak samo wrócić, jednak to dodatkowe 50 km… Postanawiamy jednak pojechać samochodem. Rano jeszcze trzeba odebrać numer w biurze rajdu, które znajduje się w Ranczo Lot przy nowotarskim lotnisku. Oprócz tego są naklejki z profilem trasy i co najważniejsze pamiątkowa koszulka.

Jesteśmy na miejscu kilka minut po 7, formalności zajmują 2 minuty. W pierwszej chwili chcemy się przebrać i podjechać rowerem do rynku. Jednak po nocnej ulewie trawa jest mokra i ten odcinek też pokonujemy samochodem. 🙂 W rynku spokojnie się przebieramy, Garmin, bidony, i jakieś pół godziny przed początkiem rajdu jesteśmy gotowi. 🙂 Tradycyjnie w ostatniej chwili musimy skorzystać z kibelka… Na nowotarskim rynku nie ma toalety publicznej. Szczęśliwie jedna z kawiarni jest czynna od 8, a panie do pracy przychodzą chwile wcześniej. Były na tyle miłe, że pozwoliły nam skorzystać. 🙂 Zapowiada się piękny dzień.

Ruszamy

Około godziny 8.00 pojawiają się samochody organizatorów, karetki, policja. Kilka słów od burmistrza miasta Nowy Targ, następnie Przewodniczący Rady Miasta. Na koniec Krystian Piróg z informacjami technicznymi, a przede wszystkim o małej zmianie trasy spowodowanej pracami drogowymi w okolicach Czarnego Dunajca.

Rajd wokół Tatr rusza z rynku pod eskorta policji, dojeżdżamy do świateł przy dworcu autobusowym. Ruch zablokowany, jadą kolarze. Kolejne światła to samo, klasa. 🙂 Tworzą się peletonu, staramy się znaleźć swoje miejsce. Jedna grupa przez kolejne zmiany jest coraz bardziej rozrywana. Nie ma sensu gonienie za wszelką cenę. Mamy ponad 200 km do przejechania, a w dodatku to nie są zawody. Postanawiamy jechać swoim tempem, może w końcu trafi się peleton, gdzie będziemy mogli spokojnie jechać. Trasa do granicy po królewsku. Na skrzyżowaniach organizatorzy wraz z policją pomagają włączyć się do ruchu. Słonko świeci, znaleźliśmy swoje miejsce, sielanka.

Pierwszy poważny podjazd.

W odróżnieniu od trasy z Zakopanego, tutaj do granicy większość terenu się wznosi. Tak więc nie ma obaw, nie zmarzniemy. Dopiero za Suchą Horą będzie kawałek w dół, następnie skręt do Oravic i pierwsze poważniejsze wyzwania. Co prawda górka z Cichego w kierunku Chochołowa zweryfikowała niektórych „ścigantów” jednak to tylko mała zakąska.

Oravice przejeżdżamy spokojnie, nasz peleton się wyraźnie dzieli, postanawiamy jednak nie forsować tempa i zostajemy z wolniejszymi. Jedzie nas kilka osób, a wśród nich pan z Nowotarskiego Klubu Kolarskiego, który dla niektórych uczestników mógłby być dziadkiem, a na pewno ojcem. 🙂 Widzimy też jedną tendencję wśród naszych kolegów. Zaczynają podjazd mocno, a później w połowie zaczyna siły brakować. My patrzymy w nasze gadżety i unikamy tego błędu.

Ta część trasy bez historii gdyby nie deszcz który zaczął padać na zjedzie do Zuberca. Szczęśliwie bez żadnych przygód. Przed samym Zubercem stajemy na „psikundę”. To był błąd wszyscy odjechali, nikt nas nie dogonił. Od Zuberca pierwszy odcinek pod wiatr, samotnie. Dopiero koło kamieniołomu wiatr był mniej odczuwalny tutaj też teren zaczął się mocniej wznosić.

Tradycyjnie patrzymy na miernik mocy i spokojnie swoim tempem docieramy do szczytu. Po drodze zjadamy baton. W złym momencie, przytkało nas. Rada – nie jeść nic do gryzienia na podjazdach, ewentualnie żele. 🙂

Na szczęście podjazd się kończy i można pognać w dół. Nagrodą będzie pierwszy bufet, który jest na 80 km. Już nie możemy się doczekać kabanosów.

Bufet – może by nie jechać dalej?

W sumie nic nadzwyczajnego, bufet na trasie. Dojechaliśmy do niego w dobrym tempie, na zjeździe stworzyła się kilkunasto osobowa grupa, która w miarę dobrze pracowała i kilometry szybko znikały.

Podjeżdżamy, kolejka… W końcu udział bierze 250 osób i jeszcze nie rozciągnęliśmy się za bardzo. Wszystko idzie bardzo sprawnie. Można poczęstować się drożdżówkami, nalać wody do bidonu, jest cola, izotonik i są one, kabanosy. My szybko uzupełniamy bidony, do jednego izo, do drugiego dolewamy trochę wody. Korzystamy z ubikacji. Tak, przy każdym bufecie był ToiToi, mydło i woda! Rozglądamy się, zbiera się grupa, postanawiamy zabrać się z nią. Szkoda, pogoda piękna, jedzenie, picie, leżaki, a tu trzeba znowu kręcić. 🙂

Po mniej więcej 2 – 3 kilometrach nasza grupa liczy już kilkanaście osób. Z przodu kilka osób nadaje mocne tempo, dla nas trochę chyba za szybko, jednak jadąc „na kole” innych dajemy radę.

Liptovsky Hradok – remont mostu, ruch wahadłowy, czerwone światło, dojeżdża druga taka sama grupa. A chłopak, który przez większość czasu prowadził nasz peleton wydaje się być zdziwiony tym ilu nas jest. Myślał, że jedzie z nim 5 osób. 😉 Ruszamy, tempo dobre, jednak osoby wychodzące na zmiany cały czas delikatnie przyspieszają. Za Prybiliną odpuszczamy peleton. Postanawiamy jechać swoim tempem, to dopiero połowa dystansu.

Strbskie Pleso

Ten podjazd zdaje się nie mieć końca i jest to tak naprawdę ostatnia trudność na całej trasie. Osiągamy najwyższy punkt i później mimo, że jest kilka górek to nie są długie i nie są sztywne.

Odpuszczenie peletonu było chyba dobrym pomysłem. Odpoczęliśmy trochę, tętno się wyrównało. Doganiają nas kolejne grupki, niektórzy pozdrawiają, jednak nikt nie zapytał czy nie chcemy się zabrać „na kole”. Podobno to nie jest wyścig. 😉

Po drodze kilka osób ma problemy techniczne, pytam czy ok, czy mają zapas. Jeden z chłopaków  mówi, że urwał hak od przerzutki. Przykro, jednak nie mamy jak pomóc. Jedzie w dół samochód organizatora, pewnie do tego od przerzutki. Jakoś trzeba pomóc mu wrócić do Nowego Targu. Po kilku minutach samochód wraca pod górę. Ktoś przed nami go zatrzymuje i kierowca nalewa wody do bidonu. Udało nam się. Jechaliśmy na oparach, a w dodatku w jednym z bidonów była prawie sama woda. Zaczynają nas łapać skurcze. Tankujemy, pytamy o tego od przerzutki. Okazuje się, że już ktoś po niego jedzie. Spokojnie ruszamy w bufecie mamy magnez.

Powoli dojeżdżamy do bufetu. W pierwszej kolejności magnez! Później kanapka, oczywiście kabanos, tankujemy bidony, chwile odpoczywamy, zabieramy batony z naszego worka. Kamizelkę zostawiamy. Czas jechać dalej, teraz mamy przed sobą prawie 40 km zjazdu.

Zdziar

Zjazd ze Szczyrbskiego Plesa jest stosunkowo łatwy. Droga szeroka, zakręty łagodne, asfalt w miarę dobry, czasami mała górka.

Jedziemy sami, trochę kręcimy, trochę odpoczywamy. Prędkość cały czas w okolicach 40 km/h. Po pewnym czasie dogania nas pan z NKK, siada „na koło”. Jedziemy dalej razem, tempo dobre, doganiamy samotnych kolarzy, czasem ktoś chwile jedzie z nami, jednak okazuje się, że dla większości nasze tempo jest zbyt wysokie.

Kilka kilometrów przed skrzyżowaniem gdzie skręcimy w kierunku Polski mijają nas dwie osoby. Jedna w koszulce NKK i ktoś jeszcze. Wracają, doganiają nas i jedziemy razem. Trochę rozmawiamy, jeden z nich jest zięciem starszego pana. Fajnie, bo mają siłę i trochę nas podciągają. Po kilku kilometrach przyjeżdża samochodem córka starszego pana, żeby dać mu potas, też miał problemy ze skurczami. U nas wszystko ok i ruszamy swoim tempem. Koniec coraz bliżej, pod Zdziar wyprzedzamy kolejne osoby.

Meldujemy się w bufecie, bidony do pełna (okazało się w Nowym Targu, że niepotrzebnie do pełna), magnez, cała reszta zostaje. Kurtka, ochraniacze na buty, rękawki, nic nie zapowiada deszczu. Batonów też nie zabieramy, mamy zapas. Kabanos, trochę coli, ToiToi i pora ruszać. Rozmawiamy chwilę ze znajomym, który przyjechał z Nowego Targu autem, mówi, że jest bardzo mocny czołowy wiatr. Postanawiamy poczekać na kogoś, jest szansa, że będzie łatwiej.

Rajd wokół Tatr – końcówka

Dołączamy się do chłopaka z TKKF Ukleina i Iwony z drużyny JMP. Młodzi, będzie można poodpoczywać. Na początek jakieś 500 – 600 metrów pod górę, a później w większość zjazd. W sumie mamy około 28 km z pięcioma krótkimi podjazdami. Zobaczymy co z wiatrem.

W Podspadach skręcamy w prawo, omijamy Łysą Polanę i Bukowinę Tatrzańską, doganiają nas dwie osoby. Mijają jak pocisk, jednak to była chyba tylko pokazówka. Po jakichś 400 metrach doganiamy ich. W miarę dobrze układa się współpraca, Iwona się oszczędza, reszta daje równe zmiany. Dojeżdżamy do Białki, tutaj zaczyna się kiepsko, wiatr, trochę z boku, trochę od przodu, jednak najgorsze są samochody. Tradycyjnie bez respektu dla rowerzystów, a co gorsza robi się korek. Co chwilę ktoś skręca to w lewo, to w prawo i wychodzi szarpanina. Dwóch naszych kolegów postanawia znowu się popisać i wyprzedzają samochody. My tego nie robimy, niepotrzebne ryzyko, a nigdzie nam się nie śpieszy.

Mijamy Białkę, spokojniej, jednak wiatr nie ustał. Uklejna daje zmiany ale tempo spada, trochę my pracujemy, jednak czas odpocząć, pora na damę. 😉 Po 100 metrach strzelił Uklejna, czekamy, dojechał. I tak dwa razy to samo. Pytamy czy chce batona, mówi, że generalnie ma dosyć i chętnie pojedzie z nami, jednak nie za szybko. 🙂 Dopasowujemy tempo i ruszamy. Słońce świeci coraz niżej i po prawej widać cienie tych co „na kole”, nie trzeba się oglądać do tyłu, wystarczy spojrzeć w bok. 🙂

Zjazd z głównej drogi w lewo, Uklejna został, z Iwoną postanawiamy wyprzedzać kolejne grupki, zostało nam dosyć dużo siły. Jeszcze kilkaset metrów i meta. 🙂

Recovery

Zatrzymujemy się pod niebieską bramą. Organizatorzy spisują nasze numery, szukamy picia i jedzenia. Jest kurczak z ryżem, makaron z warzywami i piwo. Najpierw pijemy piwo, jedzenie nie przejdzie nam przez gardło.

Siedzimy koło mety, rozmawiamy ze znajomymi, słońce świeci, sielanka. Za chwilę przyjeżdża starszy pan, dodamy tylko, ża urodzony w 1950 roku…

Szkoda, że już niestety czuć jesień w powietrzu, sezon kolarski powoli się kończy.

Przyjeżdża nasz transport, pakujemy się i jedziemy do Zakopanego.

Czy warto?

Już kiedyś pisaliśmy, że Tatry można objechać na kilka sposobów. Na solo albo z kolegami, korzystamy z zapasów w kieszonkach i przydrożnej infrastruktury. Są firmy, które organizują wyjazdy ze wsparciem z samochodu, który wiezie nam rzeczy do przebrania i jedzenie. Można to zrobić w jeden dzień albo z noclegiem. Wersja proponowana przez Rajd wokół Tatr jest według nas najlepsza. Można jechać „na lekko”, są peletony i „robota” idzie lżej. Można dać rzeczy do przebrania na bufety, nie trzeba martwić się o uzupełnienie bidonów. Bufety dobrze zaopatrzone, na mecie posiłek i piwo. Najważniejsze w tym wszystkim jednak jest to, że dochód z imprezy jest przekazywany przez stowarzyszenie na cele dobroczynne. W tym roku na pomoc Andrzejowi Tkaczykowi, który po bardzo ciężkim wypadku potrzebuje długotrwałej intensywnej rehabilitacji, by wrócić do zdrowia.

Cóż, do zobaczenia za rok?

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.