fbpx
Najważniejszy Medal 2015

Rok 2015 już się jakiś czas temu skończył i chyba pora go podsumować, wyciągnąć wnioski i nie popełnić drugi raz tych samych błędów. Tak więc zapraszamy na nasze podsumowanie roku 2015, prawie na serio.

Patrząc z perspektywy czasu to był dobry rok, udało się spełnić kilka marzeń, rozpocząć nowe rzeczy i zaplanować co nieco na kolejny rok. 😉

Żeby nie wracać do 2014, a później do samych urodzin to zaczniemy od tego, że była zima i to trochę lepsza niż ta, która jest za oknem. Tak więc sezon biegówkowy był w pełni. Udało się w przerwie świąteczno-noworocznej pobiegać w Jakuszycach (już niedługo o nich napiszemy) i dobrze rozpocząć przygotowanie do Biegu Piastów. Po drodze był Bieg Zbójników, jego druga edycja, znowu mająca trochę pecha do śniegu i zrobiona na skróconej trasie. Pech chciał, że dzień wcześniej wracaliśmy wtedy z Malmö i chyba żaden zawodnik nie przyjechał z bardziej oddalonego miejsca na zawody. Bo bardziej niewyspani mogli być, podobno w górach są najlepsze imprezy…  Wracając do sedna, impreza super zrobiona, już po raz drugi i mimo, że pogoda spłatała figla była super. Ukończyliśmy, jeżeli kogoś to interesuje. Szkoda tylko, że organizator nie pilnował na starcie tego, żeby zawodowców, którzy zapisali się w ostatniej chwili i mieli daleki numery ustawić na końcu zgodnie z regulaminem. Z jednej strony ich rozumiem, nie trzeba wyprzedzać po drodze amatorów, ale to nie jest fair w stosunku do tych, którzy zapisują się wcześniej.

Luty minął nam spokojnie, jeden weekend ze znajomymi w Jakuszycach, a później udało się tak urlop zaplanować, że dwa tygodnie przed Biegiem Piastów już byliśmy w Jakuszycach. Warunki narciarskie super i „plan cud” przygotowany przez Damiana (nasz trener) zrealizowany w 100%, chcieliśmy coś dodać, ale powiedział, że lepiej nie, szkoda.

W poniedziałek przed naszym biegiem głównym wystartowaliśmy w Nocnej Dziesiątce. Fajnie, mało ludzi, biegnie się z czołówkami, stosunkowo łatwą trasą. Tuż przed samym startem zaczął padać mokry śnieg, tak samo jak na Zbójach. Narty nie jechały – tam, gdzie normalnie można „kucnąć” i narty jadą same trzeba było cały czas pchać się kijami. No, ale to dobra wróżba, wiadomo było, że w sobotę będzie bez śniegu, ileż można startować w padającym śniegu. W sobotę 28.02 był ten dzień, 54 km stylem klasycznym, pierwszy raz taki długi dystans na nartach z numerem 1800… Kilka celów na bieg było, tylko jednego się nie udało zrealizować, wiec w tym, roku jeszcze raz lecimy!

Miesiąc później połóweczka w Berlinie. Przygotowanie do niej pokrzyżowała choroba, która dorwała nas po skiturowym weekendzie w Tatrach. No nic, taktyka na „rympał”, jak to mówił nasz Mistrz Józef Łuszczek „bede darł…”  No i udało się dobiec do mety. Impreza super, na starcie 35 tysięcy ludzi, spokojnie bez przepychania, zupełnie inaczej, niż w Polsce. Byliśmy w szoku znając to, co dzieje się u nas w kraju na biegach masowych, że trzeba się już po dwóch kilometrach potykać o tych, co do marszu przechodzą. Jeszcze jednym ciekawym zjawiskiem było to, że pierwszy raz w życiu mogliśmy odpowiedzieć na pytanie, o czym myśleliśmy w czasie biegu (to jednak już będzie tajemnicą…)

Pora na rower, pogoda sprzyjała, wiosna i początek lata z planem pod półmaraton w Budapeszcie z pierwszym w życiu startem na rowerze szosowym. Wszystko jakoś w miarę się udawało realizować. Jakieś weekendy w Jakuszycach, rower, bieganie, czas na odnowę, sauna, masaż. I nadszedł czas na rower – Tour De Pologne dla amatorów. 7 sierpnia 2015, ta data na długo zostanie nam w pamięci… Udało się ukończyć, ale kosztowało to dużo siły. 🙁

Od tego momentu wszystko jakoś szło po grudzie, zmęczenie, zniechęcenie, brak siły..

Szczęśliwie udało się wszystko przemęczyć i nadszedł Budapeszt (o nim napiszemy później). Paradoksalnie, mimo kłopotów wszystko się udało! Plan zrealizowany, małe skutki uboczne… ból stopy, wizyta u lekarza, rehab… No nic, przerwa w bieganiu w sumie planowana, rower też poszedł trochę w odstawkę, rozciąganie i inne ćwiczenia wzmacniające stopę. 3.10 Wiosłem po Odrze, super impreza organizowana przez Red Bull we Wrocławiu, stopa ok (no tak, kajak nie ma nic z nią wspólnego). Daliśmy się namówić na towarzyski start w Biegnij Warszawo, który był dzień później… I tutaj nastąpił początek kolejnych kłopotów, stopa wróciła ze zdwojoną siłą, bieg na Kasprowy, bieg Niepodległości poszły w odstawkę, znowu rehab, ARPwaves, no i boli do dzisiaj… raz mocniej, raz słabiej… Żeby było śmieszniej, na USG stopa jak nowonarodzona!

Tak więc rok dobry, gdyby nie kłopot na koniec roku to można powiedzieć, że nawet bardzo udany. Teraz pozostaje wierzyć w to, że ze stopą będzie tylko lepiej, bo plany na nowy rok ambitne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.