fbpx
Piekło Podhala Czyli Tatra Road Race

Piekło Podhala czyli Tatra Road Race, o tym, że zmierzymy się z najtrudniejszym wyścigiem kolarskim dla amatorów w Polsce, zdecydowaliśmy w grudniu. Organizatorzy do nazwy wyścigu dodali Hard as Hell, w sumie zasłużenie. 🙂

Po podjęciu decyzji o starcie zaczęliśmy przygotowania. Zimą w Polsce ciężko jeździć na rowerze, więc poszedł w ruch trenażer. Jak wyglądał nasz trening z nim możecie przeczytać w osobnym artykule. Oczywiście nie odpuszczaliśmy biegówek, pamiętaliśmy też o rolowaniu i rozciąganiu się. Czasem lepiej, a czasem gorzej pamiętaliśmy. 🙂 W każdym razie zimę udało się przepracować bardzo dobrze. Wiosna jak wiecie z pogodą nas za bardzo nie rozpieszczała i wszystko było mocno szarpane, trochę trenażera, trochę na zewnątrz, jakieś wyjścia w góry. Najważniejsze, że wszystko przebiegało bez żadnych kłopotów zdrowotnych.

Nie będziemy opisywać trasy, pisać kto wygrał i tak dalej. O tym możecie poczytać na stronie organizatora. Napiszemy o naszym podejściu do wyścigu, o emocjach, które były na trasie i na koniec kilka ciepłych słów o organizatorach i gorzkich o uczestnikach.

Dylematy

Dla nas od samego początku dużym znakiem zapytania było to czy zdążymy się zmieścić w limicie czasu do wjazdu na drugą rundę. Żeby wiedzieć czy damy radę, postanowiliśmy spróbować przejechać trasę. Do tego też czasu zwlekaliśmy z zapisaniem się na wyścig. Oprócz sprawdzenia limitu czasu, chcieliśmy poznać rundę, na której tak naprawdę nigdy nie byliśmy, a znajomość trasy jest dosyć ważna. Próby wyszły tak sobie… Podczas pierwszej na początku czerwca zabrakło nam 20 minut i tak nas to zezłościło, że nie pojechaliśmy na drugą rundę. Chcieliśmy przejechać całość, jednak wróciliśmy przez Słodyczki i Butorowy do Zakopanego.

Kolejna próba nastąpiła kilka tygodni później. Od początku założyliśmy, że nie jedziemy na drugą część tylko wracamy do Zakopanego. W prognozie pogody był bardzo duży upał. Tym razem zabrakło nam minuty. 😀 Jednak ciężko było sobie wyobrazić kolejne prawie 60 km. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się jechać długą trasę. W podjęciu decyzji pomógł nam trochę Kuba z Veloart, który powiedział, że według niego w ogóle nie mamy co się martwić o limit, że na wyścigu dojdzie adrenalina i zawsze odpoczniemy na czyimś kole.

Bezpośrednie przygotowanie startowe

Ostatnie dwa tygodnie przed wyścigiem to były wyjazdy służbowe i trochę mniejszy kontakt z rowerem. W ostatnim tygodniu byliśmy na rowerze w poniedziałek, dosyć dynamiczna runda, zmęczyliśmy się. W piątek postanowiliśmy po trzech dniach w podróży przewietrzyć nogi. Krótki przejazd po trasie zawodów, jednak dosyć szybki. Nasz Garmin kazał nam odpoczywać 36 godzin, a wyścig był już w sobotę rano. 🙂 Biorąc pod uwagę teorię, której też trochę pamiętamy ze studiów, to niewiele to miało wspólnego z prawidłowym przygotowaniem do zawodów. Zwłaszcza w ostatnich dwóch tygodniach.

Odżywianie w ostatnim tygodniu, też nie wyglądało jak zwykle. Normalnie nie jemy po 19, pilnujemy, żeby jeść często i regularnie. W czasie wyjazdów, pilnowanie tego graniczy z cudem. Na domiar wszystkiego, prognozy pogody były coraz mniej optymistyczne. Burze, deszcz, być może od samego startu. Zastanawialiśmy się nawet czy w ogóle startować! Pewnie gdyby rano było deszczowo to na start byśmy nie pojechali. Rano na szczęście było w miarę ciepło i nie padało.

Start

Na start jedziemy rowerem, nogawki, długie rękawiczki, pełny kask. Mamy 6 km do startu z czego 3 km zjazdu, nie chcemy zmarznąć. Na starcie zmieniamy kask, pozbywamy się nogawek i ciepłych rękawiczek. Rękawki zostają, w kieszeni ląduje kurtka przeciwdeszczowa. Mniej więcej 15 minut przed startem jesteśmy już w sektorze. Dzięki temu, że startowaliśmy już w poprzednich edycjach, stoimy w sektorze trzecim, będzie trochę luźniej na starcie. Trochę informacji od organizatora o trasie, odliczanie i ruszamy. Nie spieszymy się, najgłupsza rzecz jaka może się zdarzyć to kraksa na pierwszy zakręcie. A widzieliśmy to w latach poprzednich startując na krótkiej trasie. Jedziemy dużym łukiem i nie szarpiemy się, czeka nas ponad 120 km, niepotrzebny wydatek energii na starcie może spowodować kłopoty w dalszej części trasy.

Salamandra i dalej

Pierwsza trudność to podjazd na Butorowy. Niektórzy już na początku przeszarżowali i mimo, że jechaliśmy bardzo daleko z tyłu to zaczynamy wyprzedzać kolejnych zawodników. Cały czas patrzymy na waty i pilnujemy, żeby nie przesadzić. Tak już będzie do końca pierwszej rundy. Z Butorowego szybki zjazd, lekka hopka i gnamy przez Dzianisz, na końcu za szkołą skręt w prawo i zaraz stromo w górę na Ostrysz. Niektórzy próbują wjechać „na blacie”… Cały czas patrzymy na waty i na to kto jedzie koło nas. Szukamy dobrego towarzystwa na odcinek między Zokami, a Bachledówką. Tam jest trochę zjazdów, poźniej droga zaczyna iść w górę, jednak jazda na kole pomoże odpocząć.

Ostrysz jest niebezpieczny jedziemy czujnie, staramy się uniknąć tłoku. W końcówce peletonu poziom techniczny nie stoi na wysokim poziomie. 🙂 Na końcu zjazdu, ostry zakręt w prawo i znowu mocno w górę. Niektórzy podobnie jak przed Ostryszem nie zmienili przełożeń, „z blatu” nie przekręcą i robi się niebezpiecznie, bo zsiadają z rowerów.

Właściwie do Bachledówki bez historii. Udaje się jechać w miarę dobrej grupie, współpraca się układa. Na bufecie bierzemy bidon z izo, banana i gnamy dalej. Towarzystwo się zmieniło, część z naszej grupki została w bufecie, pojawiły się nowe twarze. Dojeżdżamy do krzyżówki i skręcamy na rundę, musimy pojawić się tutaj drugi raz przed godziną 13:00. Na razie wszystko idzie dobrze, średnia ponad 22 km/h. Żeby zdążyć, musimy mieć średnią 21 km/h.

Pierwsza runda

Zjazd z Bachledówki, policjanci pomagają włączyć się do ruchu i znowu pod górę. Dojeżdżamy do drogi prowadzącej do Zębu, tutaj skręcamy pierwszy raz w lewo, jeszcze trochę podjazdu i Zacznie się szalony zjazd, a poźniej wspinaczka na Pitoniówce. Pojawia się światełko w tunelu, jest zapas czasu, jest towarzystwo, można trochę odpocząć na kole. Zjadamy żel i rozpoczynamy wspinaczkę, dla nas jest to najtrudniejszy podjazd całej trasy. Znamy go tak sobie, wiemy, że ma kilka małych stopni, jednak w sumie jest bardzo sztywny. Mamy towarzystwo, wszyscy ciężko oddychają, jednak z każdym obrotem korb jesteśmy coraz bliżej końca wspinaczki.

W końcu dojeżdżamy do szkoły w Bańskiej Niżnej i chwila odpoczynku na zjeździe do Szaflar. Gorączkowo szukamy towarzystwa, żeby kilka odcinków, które teraz będą odsłonięte i pewnie z wiatrem przejechać w grupie. Jest kilka osób, jednak współpraca kompletnie się nie klei. Nad Bachledówką zaczyna być widać bardzo ciemne chmury. Deszcze nas zmoczy jak nic. Zaczynają po głowie chodzić myśli, żeby zwolnić i pojechać do mety. Ale po chwili dochodzimy do wniosku, że i tak nas zleje. Chwilę rozmawiamy z chłopakiem, który mówi, żeby się go trzymać, bo na Tatra Road Race zawsze go omija deszcze. Razem dojeżdżamy do Bachledówki, jest zapas czasu, jednak postanawiamy powtórzyć schemat z pierwszego przejazdu. Bidon z izo, banana i gnamy dalej. Do końca rundy docieramy z zapasem 10 minut. 🙂

Piekło Podhala powoli zaczyna być mniej piekielne. 😉

Druga runda

Po wjechaniu na drugą rundę coraz bardziej nerwowo zaczynamy patrzyć w niebo, zrobiło się chłodno i musimy stanąć za potrzebą. W sumie męczyliśmy się z tym już jakieś 10 km, jednak szkoda nam było czasu. 😉 Zatrzymujemy się przy jakichś krzaczka, załatwiamy co trzeba, postanawiamy założyć też kurtkę, zapowiada się dobra zlewa i zaczyna grzmieć. Ruszamy, po jakichś 200 metrach zaczyna padać, gnamy w dół do podjazdu na Pitoniówkę, jest ślisko i już nie jedziemy tak jak za pierwszym razem. Głupio by było dać się wyeliminować przez kraksę. Chłopaka co miał szczęście do deszczu nie widać. 🙂

Zaczyna się robić zimno, jednak trochę ustał deszcz, Pitoniówka nas rozgrzała, kurtka rozpięta, ale cały czas na grzbiecie. Podjeżdżamy prawie cały czas sami, koło szkoły zatrzymujemy się, żeby zapiąć kurtkę i ruszamy. Razem z nami rusza ulewa… grzmi, zaczyna padać grad, a zjazd zrobił się bardzo nieprzyjemny. Widoczność coraz gorsza, a jak na piekło Podhala to Tatra Road Race jest całkiem zimnym wyścigiem. 🙂 Nogi zaczynają się robić sine z zimna. Zastanawiamy się czy nie warto zatrzymać się na chwilę. Na szczęście nie było żadnej wiaty autobusowej. Doganiamy jednego zawodnika, za chwile koło nas pojawia się kolejny. Kręcimy w milczeniu, jednak towarzystwo dodaje trochę otuchy.

Rozmawiamy z chłopakiem na gravelu, później ktoś z Gdańska, a może z Gdyni. Dalej mokro ale już nie ma ulewy. Dojeżdżamy do Bachledówki, jedziemy bardzo powoli, boimy się, żeby na tym zimnie nie złapały nas skurcze. Bierzemy kubek wody, zatrzymujemy się po izo, podjazd do namiotu w którym bierzemy ciepłą herbatę. Dwa małe kawałki drożdżówki, żel przekładamy z kieszonki w koszulce do kurtki i ruszamy do mety. Teraz już będzie „z górki”. 🙂

Finisz

Po zjechaniu z Zoków przyszedł taki moment, że widzieliśmy, że skończymy wyścig. Mimo, że jeszcze był Ostrysz, trudny zjazd z Butorowego i wszystko mogło się zdarzyć to był w nas jakiś taki wewnętrzny spokój. Patrzymy na waty, kręcimy, jedni nas mijają, my innych. Z dużą pewnością siebie dojeżdżamy do Butorowego, jedziemy na kole jednego zawodnika, nawet nie próbujemy wyprzedzać. Dojeżdżamy do głównej drogi w Kościelisku, skręt w lewo i staramy się zebrać siły na końcówkę. Piekło powoli się kończy, prawie widać metę Tatra Road Race. 😉

Ten odcinek przy ograniczonym ruchu sprawia nam dużo radości, można jechać naprawdę szybko. Jedziemy we dwójkę. Mijamy hotel Kasprowy, policjant zatrzymuje ruch, skręcamy między szlabany i widzimy naszą ofiarę. 😉 Mamy do zawodnika przed nami jakieś 50 metrów. Na tego za nami w ogóle się nie oglądamy. Full gas, głowa nisko nad kierownicą i mijamy go jeszcze przed barierkami. Kończymy w czasie poniżej 6 h..zawodnik wyprzedzony na ostaniej prostej nie przybił z nami piątki, obraził się za wyprzedzanie? Ten z którym jechaliśmy od Butorowego już tak. Jesteśmy zmęczeni, mokrzy ale naprawdę zadowoleni!

Piekło Podhala czyli Tatra Road Race

Wyścig jest naprawdę trudny i zasłużył na nazwanie go Hard as Hell. Jednak jak mądrze się do niego przygotujemy i nie damy się ponieść emocją na pierwszej górze to jest on do przejechania. Jeżeli chcecie się zmierzyć z najtrudniejszą trasa wyścigową dla amatorów w Polsce to gorąco polecamy.

Organizacja

Teraz obiecane kilka ciepłych słów do organizatorów. Nie jeździmy co tydzień w wyścigach, nasze doświadczenie obejmuje zaledwie kilka imprez i żadna nie dorównuje tej. Jasne i czytelne informacje na temat wyścigu. Trasa na Strava, przed imprezą jest organizowany objazd. Odprawa przed wyścigiem, gdzie można się dowiedzieć wszystkiego o jej kluczowych elementach. Super bufety, izotonik, arbuz, banan, woda, Red Bull, kawa, herbata, coś można chcieć jeszcze? I nawet jak jedziesz pod koniec wyścigu to nie słyszysz: nie mamy już wody… albo zabraknie medali dla uczestników…

Na mecie również wszystkiego pod dostatkiem, konkurs z nagrodami dla wszystkich, naprawdę ciężko się do czegoś przyczepić.

Na żadnym skrzyżowaniu nie musieliśmy hamować, policja oraz straż pożarna pomagały włączyć się do ruchu. I bardzo fajna rzecz, to kibice na trasie, nie miało dla nich znaczenia kto jedzie, starzy czy młodzi, machali i zagrzewali do walki. Może trochę upierdliwe jest to „rzuć bidona”…

Coś do zawodników

Z tekstów podsłuchanych na mecie i obserwacji na trasie.

Narzekanie na słaba organizację jest nadużyciem. Że auta były na trasie? Przecież jest napisane, że zawody odbywają się w ograniczonym ruchu, a nie na zamkniętych drogach. Trzeba czytać ze zrozumieniem. Bufety słabe? Ciekawe co jecie na codzień na rowerze. W pakietach nic nie ma? Typowo polskie podejście, jak start kosztuje 100 PLN, to chcę gratisów za 100 PLN, organizacja wyścigu kosztuje. To jest naprawdę trudne do zrozumienia? I jak nie znacie trasy to idźcie na odprawę. Ci próbujący wjechać z blatu na Ostrysz naprawdę robią dużo zamieszani. Droga wąska, a oni na środku próbują zmienić ręką przełożenia… Takie sytuacje to jak piekło i niestety często zdarzają się na Tatra Road Race

Najgorsze na sam koniec. Jeżeli chcecie, żeby wyścigi były dalej organizowane, to nie wyrzucajcie opakowań po żelach i batonach na drogę! Jadąc pod koniec widać było ich setki. Organizator o tym mówił. Nawet profesjonaliści nie rzucają byle gdzie, bo są specjalne strefy gdzie można się pozbyć śmieci. Ale nasi „zawodowcy” mają siłę wieźć baton, a papierek już spowoduję, że mogą przegrać zawody o tak naprawdę czapkę gruszek…

Podpowiemy Wam też rozwiązanie, zapytajcie mijanych wolontariuszy czy możecie zostawić śmieci, nam nikt nie odmówił.

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.