fbpx
Obidowa Turbacz śladami Olimpijczyków

Plan wyjścia trasą „Obidowa Turbacz śladami olimpijczyków” chodził za nami już od dłuższego czasu. Najpierw na przeszkodziła stanęły duże mrozy, a po Biegu Walentynkowym jednak nie mieliśmy wystarczająco dużo siły. Wiedząc, że zbliża się start w Biegu Zbójników postanowiliśmy tydzień przed ruszyć na Turbacz, w końcu to może być dobre przetarcie, ponad 10 km i w większości pod górę. Dużo dobrego też słyszeliśmy o jedzeniu w schronisku. 🙂

Dojazd do początku trasy

Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Pobudka w niedzielę przed 7.00, chcieliśmy uniknąć korków na Zakopiance w kierunku Krakowa. W końcu zmiana turnusów, a Zakopane pełne, miasto zablokowane przez cały dzień. Plecaki przygotowane dzień wcześniej, aparat, GoPro, żelki, batony, coś do przebrania. W nocy już prawie nic nie spadło, nie trzeba było auta specjalnie odśnieżać, pakujemy narty, sprawdzamy prognozę, ubieramy jak należy i jedziemy.

Dojazd bardzo łatwy. Z Zakopanego kierujemy się na Kraków, mijamy Nowy Targ, a następnie na światłach w Klikuszowej skręcamy w prawo. Jedziemy cały czas główną drogą i dojeżdżamy do parkingu. Zaskoczyła nas odległość od świateł. Jeżdżąc Zakopianką dosyć często w ogóle nie mieliśmy świadomości, że dolina jest tak długa. Czas przejazdu około 45 minut, całkiem sprawnie nam poszło.

Zakładamy buty, wyciągamy narty i na początku ruszamy z kapcia. Droga mocno rozjeżdżony przez samochody. Przy budce w której jest wypożyczalnia i odręczny napis „kawa i herbata” stoi ratrak. Jest też Pan, który odśnieża podwórko. Pytam czy ratrak jechał na Turbacz, okazuje się, że tak. Pytamy o warianty, jak z mapy wynika są dwie trasy, a jedna z nich ma dwie opcje. Dzisiaj nie ma wyboru, ratrak pojechał tą samą drogą w górę i w dół. Przechodzimy jeszcze jakieś 200-300 metrów i zaczynaja się tory. W tym miejscu jest też jeszcze jeden parking ale już nie ma wolnych miejsc. Zreszta i tak nie przestawialibyśmy już samochodu. Taka informacja na przyszłość.

Pierwsze koty za płoty

Trasa zaczyna się dosyć łagodnie, lewy tor super, prawy od czasu do czasu zniszczony przez… samochód. Ewidentnej widać ślady opon. Pewnie ktoś jechał w górę autem po tym jak ratrak wyjechał już na Turbacz. Dlaczego wjeżdżał na tory, to będzie już słodką tajemnicą kierowcy. Na początku też śnieg jest dosyć brudny, jednak skoro ratrak musi wcześniej przejechać przez drogę, która jeżdżą samochody i na oponach przywożą sól i brud to niestety tak to pózniej wygląda.

Na szczęście po około kilometrze robi się bardzo fajnie. Piątkowe i sobotnie opady widać dalej na drzewach. Brakuje tylko słońca, jednak i tak jest super. 🙂 Zaczynamy się zastanawiać co będzie dalej w końcu mamy do pokonanie prawie 500 metrów różnicy wzniesień.

Cały czas idziemy wzdłuż potoku, po około czterech kilometrach skręcamy w lewo o prawie 180 stopni i wchodzimy na drogę stokową. Zaczynamy nabierać wysokości. Tutaj już nie ma co narzekać na trasę. Jest super przygotowana, samochody nie docierają tak wysoko. Na świeżym sztruksie widać, że ktoś pojechał do góry na nartach do łyżwy. Może też trenuje przed zbójami? My jednak na nartach do klasyka. Idziemy dobrym tempem i czas mija szybko. Mniej więcej dwa kilometry, bardziej strome, na trawersie w kierunku zachodnim, kolejny zakręt o 180 stopni i zaczynamy się zbliżać do Turbacza. Na początku trochę stromiej, a później łagodniej. Jest trochę płaskiego, małe zjazdy i tak przez kolejne dwa kilometry, aż naszym oczom ukazuje się pierwsza trudność.

Mniej więcej 400 metrów, gdzie cieżko było iść na wprost i utrzymywać się na rękach. Łuska nie dawała podparcia i jedyne co pozostało to „jodełkowanie”. Nagrodą był zjazd, krótki… 😉 Kolejne dwa kilometry już bez większych trudności. Cały czas delikatnie w górę, dochodzimy do Hali Turbacz skąd rozciąga się widok na Czoło Turbacza. Wchodzimy do lasu i po mniej więcej kilometrze jesteśmy w schronisku.

Schronisko i powrót

Czas, żeby spróbować to reklamowane jedzenie. Niestety dosyć dużo ludzi, zapomnieliśmy, w ten weekend odbywa się Winter Camp. Kolejka jednak idzie sprawnie, obsługa wie jak sobie poradzić z ruchem. Udane się tez znaleźć miejsce do siedzenia. Pałaszujemy kiełbaskę z grilla i ciasto domowe. Smakowało. Jeszcze przebieramy się na zjazd i pora ruszać.
Na zjeździe trzeba pamiętać, że są tacy co podchodzą i czasem niestety robią to środkiem… Nie wszyscy potrafią zejść wystarczająco szybko na bok. Udało się zjechać nawet największe stromizny bez większych przygód. Najgorzej było wzdłuż potoku. Niestety mieszkańcy Obidowej oferują turystom przejażdżki saniami doliną. To, że sanie niszczą tory to jeszcze można zrozumieć, to w końcu sposób miejscowych na zarabianie pieniędzy. Jednak cieżko pojąć dlaczego turyści musza wyciągać co chwila „selfikijki”, bezmała atakując jadących w dół? To kolejna słodka tajemnica tego miejsca. 🙂

Wycieczka bardzo fajna. W górę bez większego pośpiechu około dwóch godzin, zjazd zajmuje mniej niż połowę tego czasu. Dla w miarę sprawnych narciarzy biegowych to będzie fajne urozmaicenie. Teraz jeszcze Bieg Zbójników, Bieg Piastów, a jak pogoda dopisze (będzie jeszcze śnieg), to 11.03 startujemy tutaj w zawodach. To już będzie definitywny koniec sezonu zimowego.

Zmienimy tylną oponę w rowerze z zimowej na letnią, zdejmujemy go z trenażer i ruszamy. 🙂

This Post Has 2 Comments

  1. […] inaczej. Po prawie dwóch tygodniach w Jakuszycach, po dobrym biegu Walentynkowym, wycieczce na Turbacz i paru kolejnych treningach w ostatnim tygodniu jechaliśmy na start pełni optymizmu. Czuliśmy […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.