fbpx
Bieg Piastów 2016

Po dobrze przespanej nocy, pysznym śniadaniu składającym się z owsianki – koniec z owsianką co najmniej na miesiąc 🙂 ! i słynnej drożdżówki przygotowanej przez Sebastiana niespiesznie opuszczamy Hotel Biathlon. To duży przywilej mieszkać 300 metrów od startu: żadnej nerwówki rano, wszystko można zrobić spokojnie, ubrać się w ciepłym pomieszczeniu, a nie wystawiać tyłek na zimny wiatr. Idziemy po narty.

Gorączka przedstartowa

Wczoraj słońce mocno świeciło i śnieg, który na skutek jego działania topił się teraz zamienił się w beton… Odbieramy narty od Mariusza, „stopka” wygląda na krótką, krótsza niż w ostatnie dwa dni. Dyskusja z Mariuszem: ten mówi, że jest dobrze, my upieramy się, że nie – poprawia.

50,5 km. Decydujemy, że nie robimy rozgrzewki. To ma być zabawa- nie walczymy w pucharze świata. Porozciągamy się przed startem i będzie ok. Dolny Dukt spokojnie i po powrocie na Polanę Jakuszycką będziemy rozgrzani. Prawdziwy bieg zacznie się i tak za Orlem – do tego momentu raczej tracimy wysokość.

Ustawiamy się na starcie. Ponieważ polana jest ciasna nasz sektor stoi z nartami w rękach. Pierwszy gotowy, drugi też na nartach, trzeci zapina, a kolejne trzymają narty. Oczywiście przykleiliśmy się do nich – pierwszy raz posmarowane klistrami. Rozciągamy się. Koło nas Francuz, więc gadamy o innych biegach. Tłumaczymy, mu dlaczego narty trzymamy w rękach. Powoli startują kolejne sektory. Spiker namawia do robienia fali meksykańskiej. Zimno, wieje… Nic nie założone na szyje… Rozglądamy się kto jest obok. Może warto do kogoś się przyczepić od startu? Tylko, nie za szybko, nie jak na Zbójach, to może być koniec biegu! Jednak po Nocnej Dziesiątce jesteśmy dużo spokojniejsi o rezultat, pewni, że ukończymy. Zaczynamy nawet myśleć o koledze, z którym mamy porachunki – biegnie z wcześniejszego sektora, trzeba go tylko dogonić. 😉

Początki bywają trudne

Powoli zbliża się nasza kolej. Zapinamy narty, krótki test – trzymają, ślizgają się też klasa – będzie dobrze! Odliczanie, komandor staje z rękami na boki, jak opuści to gnamy. Od startu spokojnie, polana bezkrokiem. Dobrze się ustawiliśmy, bo szybko z 6-u torów robią się 3, my na środku. Tuż przed opuszczeniem Polany widać jadących z góry liderów. 20-tu chłopa, pełnym piecem narta w nartę, na końcu zjazdu mogą mieć około 60 km/h. Wiem dla narciarzy przyzwyczajonych do nart zjazdowych to wolno, jednak zapraszam na te wąskie – trochę perspektywa się zmienia. Bez żadnych nerwów, dosyć dobrze cały sektor ruszył. Powoli Dolnym w górę, po mniej więcej 2 kilometrach doganiamy maruderów z sektora, który ruszył 3 minuty wcześniej. 100 metrów później mija nas pierwszy zawodnik z sektora za nami, ale jest dobrze – spokojnie, rytmicznie, trochę bezkrokiem, trochę naprzemianstronnie, bez szarpania. Rozdroże pod Cichą Równią, skręt w lewo w kierunku Górnego Duktu, trochę przyśpieszenia, chcemy być sami na zjeździe. Cały czas w głowie to, że będzie szybko, a towarzystwo nie wygląda na dobrze zjeżdżające w dół.

Jak zwykle marudzimy

Zjazd był nerwowy, tak jak myśleliśmy było kilku „orłów”, którzy nagle próbowali wyskoczyć z torów, bo robiło się za szybko. Przed samą Polaną dzięki jednemu z nich – hamowanie. Trzeba będzie się popchać, a można było całą przejechać „kucając”. Na końcu, przed wjazdem na drogę do Orla, bufet – co za bzdura, tak samo jak rok temu… wszyscy hamują, my kombinujemy jak ich wyminąć, zapas jedzenia w kieszonkach, picie w bidonie. Na końcu znajomy pan z 5-10-15. Bierzemy szybko kubek z herbatą – łyk i zabieramy się za robotę, trzeba powoli zacząć myśleć o trasie i nie marudzić w końcu mamy swoje rachunki do wyrównania

Droga do Orla bez historii. Limit tętna na Polarze ustawiony, staramy się pilnować, żeby nie przekraczać górnej granicy. Wokół Kozińca zaczynają się trudniejsze podbiegi. Narta trzyma super, a najważniejsze: fantastycznie jedzie w dół i po płaskim! Kolosalna różnica w stosunku do łuski, a ta nasza to i tak raczej z tych wyścigowych. Sprzęt jednak robi różnice…

Zaraz Orle. Tutaj słynne zakosy, żeby zyskać dystans. Tak mniej więcej koło kilometra, kręcimy się nad schroniskiem. Oficjalnie, bo za szybko do bufetu ludzie podjeżdżali (szkoda, że o tym pierwszym nikt tak nie pomyślał). My jeszcze przed Orlem spokojnie konsumujemy batona, wypadamy z lasu, a tutaj znajomy głos krzyczy „no dajesz”. Jest. Mamy go! Co prawda zakos niżej, ale to jakieś 400-500 metrów. Myśleliśmy, że nastąpi to później! Teraz bez pośpiechu dogonić, trzymać się blisko na podbiegach i odrabiać na zjazdach. Będzie bardzo dobrze!

Zabieramy się do pracy

Ludzie się zatrzymują na samym początku bufetu, my widzimy, że to samo jest na końcu i nie ma nikogo. Mijamy znowu około 15-20 osób, bierzemy garść mandarynek i kubek z herbatą. Te mandarynki były świetne, zabiły słodki smak batona i izotonika, może będą dalej? Droga prowadzi w kierunku Jakuszyc. Za chwile skręt w lewo i trudny technicznie odcinek, podobny do Trasy Adama, później wpadamy na ostatni fragment zjazdu z Samolotu i pędzimy w kierunku Orla, zakręt w prawo i najdłuższy podbieg na całej trasie: początek stromy, później trawers na lewą nogę, powoli robi się łagodniej, coraz mniej ludzi w około, Miedziane Rozdroże i już jesteśmy koło kolegi, na podbiegu! Tego się nie spodziewaliśmy! Jest super, serio, połowa dystansu. Najdłuższy podbieg za nami, dobrze się czujemy, zostały Jelenie Łąki, Kopalnia i na koniec Bez Łaski, reszta podbiegów jest mniej wymagająca.

Rozterki amatora

Zjazd z Samolotu – szybko, spokojnie bo pusto. Jedziemy koło jakiejś pani, wygląda na taką z zagranicy. Starsza, technika super, trochę zostaje na zjazdach, ale dogania na podbiegach. Po Samolocie w lewo, znowu w kierunku Jakuszyc, bufet – mandarynki i łyk herbaty, Jelenigórska, zjazd TVP Polonia, znowu szybki, zakręt w lewo i Jelenie Łąki. Powoli robi się ciepło, narty zaczynają trochę łapać śnieg, ale na szczęście dwa tupnięcia i puszcza. Kolega na podbiegu trochę odskakuje, jednak jesteśmy zaraz za nim, na płaskim i krótkim zjeździe w kierunku Rozdroża pod Cichą doganiamy go. Zakręt w lewo i teraz Kopalnia. Cały czas pod górę, prawie 3 km. Im bliżej końca, tym stromiej. Później wydaje się, że to koniec, a zostaje jeszcze jakieś 300 metrów lekko pod górę. Nasz przeciwnik na podbiegu znowu zostaje, coś nam mówi, żeby przyśpieszyć i definitywnie go zgubić, jest moc. Spojrzenie na zegarek: zdziwienie – duża szansa, że poniżej 4-ech godzin skończymy. Chwila zastanowienia, nie to jeszcze 10 km, nie będziemy przeginać, Zbóje dalej są w głowie.

Teraz już z górki

I nareszcie jest! Kopalnia – najwyższy punkt na trasie, teraz teoretycznie tylko z górki. 😉 Narty trochę zalodzone. Mandarynka, łyk herbaty i pchamy dalej. Zjadamy batona, żeby dostarczyć trochę energii – ops, zły moment, myśleliśmy, że zjazd jest dłuższy. 🙁 Ale na szczęście górka krótka, więc udało się spokojnie zjeść nie tracąc dużo. Znowu zjazd, długi, szybki i dosyć trudny technicznie – jest kilka zakrętów. Kolega zostaje, pani dalej blisko, gnamy w kierunku torów kolejowych Zimową PKO BP. Decydujemy się na poprawienie stopki, panowie z Holmenkol robią to szybko, jak Pit Stop w Formule 1, 🙂 a w między czasie jakaś pani daje herbatę. Zrobione, a kolegi nie ma, wyminął nas? Ok, gonimy, ale swoim tempem. Teraz krótki podbieg, a później Bez Łaski. Rodzynki, mandarynki nie możemy złapać, pani od herbaty wkłada ją nam do buzi. Dziękujemy. 🙂 Nasz przeciwnik właśnie nas dogonił. Ok, wiemy gdzie jest. Szybkie spojrzenie: chyba był dzwon – potwierdził to zakrwawiony numer startowy, a za chwile i jego właściciel. Zostaje nawet na podbiegu. Przed ostatnim trochę zwalniamy, żelek na końcówkę, swoim rytmem, ale mocno. Wracamy na drogę do Kopalni, teraz skręt w lewo i zostało jakieś 5 km. Spojrzenie na zegarek: spokojnie poniżej 4 godzin, mimo, że na końcu Adam.

Końcówka

Dolnym Duktem już pchamy ile fabryka dała, wpadamy na Polanę, zakręt w prawo i Adam, nie będzie z kim zrobić finiszu, jesteśmy sami. Jednak pchamy cały czas mocno. W końcu nie wiadomo, jakie będzie miejsce, bo liczony jest czas netto. Po ostatnim zakręcie przed metą, lekki podbieg. Znajomy głos krzyczy, szybkie spojrzenie – Paweł. Błyskawicznie zdejmujemy pasek z bidonem, rzut bidonem i włączamy turbo – już do samej mety bezkrokiem, pełny piec.

Meta – medal, herbata, czekamy na kolegę. Jest, więc zanosimy mu herbatę i powoli dociera do nas, że czas poniżej 4-ech godzin! Miejsce lepsze, niż numer i dużo lepsze niż w zeszłym roku. No i najważniejsze: Rafał z nami przegrał!

Miejsce lepsze niż numer startowy

Podsumowując Bieg Piastów 2016: takiego wyniku kompletnie się nie spodziewaliśmy! Mało tego, po Zbójnikach byliśmy pewni, że to będzie walka o przetrwanie. Okazało się, że jak mądrze się wszystko ułoży to da się przygotować w dwa miesiące. Tak naprawdę coś zaczęliśmy robić 24 grudnia 2015 (pół godziny na nartorolkach). Patrząc na plany na następną zimę trzeba wszystko zacząć wcześniej, jednak czy zdrowie pozwoli?

Wielkie podziękowania należą się Damianowi, za plan przygotowań, Mariuszowi za serwisowanie nart, PM Sport za sprzęt, Odlo za ubrania i hotelowi Biathlon za jak zwykle miłe ugoszczenie.

Teraz powoli kończy się czas odpoczynku i zaczynamy myśleć o bieganiu oraz rowerze. Stopa się trochę uspokoiła, wiec może Wiedeń i Rygę uda się skończyć.

Zimę uważamy oficjalnie za zakończoną i to w dobrym stylu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.