fbpx
Lenistwo W Hotelu

Lenistwo w hotelu Baobab, można było całymi dniami leżeć przy basenie, od rana do wieczora jeść i pić w barach oraz restauracjach ale co to za wakacje…

Plażowe centrum handlowe

Oczywiście pierwszego dnia zeszliśmy na plaże, piękny delikatny piasek. Cudowny zapach oceanu. Ciężko jednak było spokojnie poleżeć na plaży. Co chwila ktoś przychodził i coś chciał sprzedać… na szczęście nie byli bardzo nachalni. W swojej ofercie mieli głownie wyjazdy na safari, zwiedzanie Mombasy, rejs katamaranem lub wyjazd na wycieczkę statkiem do miejsca gdzie można oglądać delfiny. Interesował nas katamaran, cena 50€ za dwie godziny za dwie osoby. Ostatecznie zapłaciliśmy 10€… Były też dwa sklepy „stacjonarne”. Jeden z kolorowymi szalami, prowadzony przez Mamę Kenia (mama – tak Kenijczycy mówią o każdej kobiecie. Mama Kenia zostało wymyślone w czasie negocjacji cenowych). Drugi z rożnego rodzaju wyrobami z drewna, głownie miniaturkami zwierząt, prowadzony przez Josepha.

Na poniedziałek i wtorek mieliśmy zaplanowane już safari, więc wieczorem poprosiliśmy o wcześniejsze śniadanie. Wyjazd zaplanowany na 6.30 (4.30 czasu polskiego, nie ma jak wakacje). 🙂 O samym safari piszemy w osobnym poście. Bliskość zwierząt zrobiła na nas niesamowite wrażenie i rzeczywiście wyjazd do Kenii bez tego elementu nie byłby kompletny.

Mieszkaliśmy w części o nazwie Kole Kole. Przy naszym basenie od godziny 10.00 odbywały się animacje prowadzone w języku angielskim, gimnastyka, stretching, aerobik w wodzie, piłka wodna, a po południu zumba i siatkówka. Nasz czas upływał głównie na czytaniu książek, pływaniu w basenie, popijaniu ginu z tonikiem (w końcu już w XIX wieku Brytyjczycy uznali tą mieszankę za najlepsze lekarstwo na malarię), spacerach po plaży. W czasie przypływu chodziliśmy pobawić się na falach, skakaliśmy jak małe dzieci. To niesamowite jak dorosłym ludziom zmienia się czasem optyka. Ustawiliśmy się tyłem do fali i czekali, aż przeleje się przez głowę. 🙂 Przed lunchem gierka w piłkę wodną.

Oczywiście nie mogliśmy zapomnieć o wycieczce katamaranem, nie po to ciągnęliśmy ze sobą płetwy i maski. 😀

Szczepienia do Kenii

Jadąc do Kenii nie ma żadnych wymaganych szczepień. My jednak przed wyjazdem postanowiliśmy udać się do lekarza medycyny podróży. Po konsultacjach z nim zdecydowaliśmy się zaszczepić na różne choroby, między innymi na żółtą febrę i wściekliznę. Doszliśmy do wniosku, że jednak lepiej zapłacić przed wyjazdem, zwłaszcza, że niektóre ze szczepień mamy dożywotnio i uniknąć później kłopotów. Na takim wyjeździe może się wszystko zdążyć, nawet jak mieszkasz w hotelu, zwłaszcza jak jest otoczony lasem tropikalnym. Biorąc pod uwagę, że wybieraliśmy się na safari to tym bardziej nie musieliśmy długo o tym myśleć.

wszystkie szczepienia kosztowały nas w sumie około 2.000 PLN. Oprócz wymienionych wcześniej szczepiliśmy się też na dur brzuszny, żółtaczkę i grypę. Czy warto? Tak, warto, można wtedy mieć spokojniejszą głowę.

Rafa

Niestety przypływ był w środku dnia, a wtedy miejscowi nie bardzo chcieli pływać katamaranami na rafę. Zdecydowaliśmy się na piątek, na poranny odpływ, zakładając, że słońce już będzie na tyle wysoko, że światło w wodzie będzie wystarczające żeby coś zobaczyć. Okazja, żeby skorzystać z całego sprzętu, który zabraliśmy ze sobą. Śmiesznie, język angielski odróżnia snorkeling i diving, a w języku polskim mamy tylko nurkowanie. Tak więc w piątek poszliśmy „rurkować”. Zabraliśmy kilka bananów, kilka butelek z wodą, trochę dla nas, a trochę dla naszych żeglarzy. Wyruszyliśmy o 7.30 (sic!) wakacje. 🙂 Wiatr, żaden, panowie cały czas pracowali długimi kijami, trochę czuliśmy się jak na spływie po Dunajcu… Po jakichś 30 minutach dotarliśmy do rafy, woda płytka, na drugą stronę rafy nie będziemy przechodzić, duża fala. Zakładamy płetwy, maski, rurki, ustawienie GoPro i w drogę.

Rafa nas nie zachwyciła, może dlatego, że po stronie brzegu jest mniej ryb? Nie znamy się. Jednak było warto, kilka małych śmiesznych ryb, kolorowe rozgwiazdy, woda ciepła. Czuliśmy się jak w akwarium. Trochę zniechęceni tym, że w sumie niezbyt dużo się dzieje w wodzie postanowiliśmy zakończyć zabawę i wrócić na śniadanie. Nasz kapitan postanowił jednak oprowadzić nas po rafie, pokazała kilka ciekawostek, wytłumaczył jak się odżywia rozgwiazda. Krótki spacer i wracamy do łodzi. Na szczęście wzmógł się wiatr i panowie już nie pracowali kijami.

Czy warto? Tak, warto, cena w sumie nie była wygórowana, wycieczka jako całość na 4+, sama rafa trochę rozczarowała.

Lenistwo w hotelu Baobab

Dodatkową atrakcją w hotelu były małpy.

Odwiedziły nas na balkonie pierwszego dnia. Idąc do recepcji, żeby zamówić wczesne śniadanie trzymaliśmy w ręku banana i nagle, nie wiadomo skąd pojawiła się ona, wygłodniała małpa, która chciała nam go ukraść… Byliśmy szybsi.

Okazało się, główną rolą panów w niebieskich mundurach nie było pilnowanie turystów, odstraszanie wszędobylskich małp. Ciekawe było też to, że kradły też napoje. Nie brały byle czego, napojami bez alkoholu, piwem czy ginem z tonikiem gardziły. Jednak wódka z colą… to było to. 😀 Nie było szans, żeby odstawić szklaneczkę na chwile koło leżaka… 😉 Ostatniego dnia jednak straciliśmy czujność, jedząc spokojnie śniadanie nagle, nie wiadomo skąd przyszła ona, małpa, ukradła nam ze stolika banan. 🙂 Po śniadaniu zabraliśmy jeszcze jednego i jej koleżanka, myśląc, że jesteśmy nowi i nie znamy lokalnych zwyczajów poszła za nami nad basen. Jak tylko weszliśmy do wody sprawdziła co jest pod każdym z ręczników ale na szczęście do torby plażowej już nie zdążyła zaglądnąć, uciekła w popłochu przed panem w niebieskim mundurze.

Resztę ostatniego dzień spędziliśmy na leżeniu przy basenie i sączeniu ginu z tonikiem. Książki były przeczytane i tylko to nam pozostało. Trzeba przecież bronić się przed malarią do samego końca. 😉 Lenistwo w hotelu Baobab można uznać za udane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.