fbpx
Red Bull Bieg Zbójników

Co napisać, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że coś poszło nie tak. Jakoś nie szło żeby się zebrać do napisania kilku słów o Red Bull Bieg Zbójników, dalej nie idzie. . Z drugiej strony, co miało pójść jak należy, skoro przygotowania do zimy zaczęły się w styczniu…

Ale do rzeczy: Bieg Zbójników miał być pierwszym poważnym sprawdzianem przed Biegiem Piastów. Po ostatnim biegu z cyklu Enervit Classic humor nam dopisywał – wydawało się, że jest dobrze. Jednak sobota zweryfikowała stan umysłu, gdyż ciało pokazało, że jest w innym miejscu.

W odróżnieniu od tego, co zazwyczaj się dzieje, pogoda na weekend nie popsuła się. Wręcz przeciwnie – w ciągu tygodnia padał śnieg, a w sobotę powitało nas słońce i delikatny mróz. Narty przygotowane, śniadanie zjedzone, jedziemy na start. Biuro zawodów na Jankulakowskim Wierchu czynne od 8.00, jesteśmy pierwsi. Szybciutko zabieramy numer, uśmiech w kierunku pięknych Redbulinek i trzeba się przejść. Konkurs kreatywny jakoś nas nie wciągnął, a od selfi woleliśmy zerknąć na stan przygotowania trasy.

Na stoku „sztruks”. Organizatorzy krzątają się rozkładając siatki, banery sponsorów, wytyczają ostatnie metry, które są na stoku narciarskim, powoli zaczyna grać muzyka. Pięknie… Czas płynie. Drożdżóweczka, banan. Powoli idziemy się przebierać i szykować narty. Łyk izotonika. Żel do kieszeni i idziemy na odprawę dla zawodników.

Godzina 10.50. Kilka słów od organizatora, a następnie od szefowej zawodów o niespodziankach. Tak, na trasie są niespodzianki. Nie wystarczy wybiec stokiem narciarskim na górę, trzeba będzie przechodzić nad kłodami drewna, przejechać pod linkami z malutkimi flagami (najczęściej oznaczających trasę zamkniętą 😉 ) oraz przejechać przez namiot Red Bull. Będzie pod drodze bufet z wodą i bananami. Po co na tak krótkiej trasie? Przecież to tylko 8 kilometrów… Na start można się dostać na dwa sposoby: przejść drogą lub przejechać na nartach do górnej stacji wyciągu na Kotelnicę Białczańską, a później wyciągiem. My podjeżdżamy na nartach, przy okazji będzie to początek rozgrzewki.

Zjeżdżamy na dół w kierunku startu. Piękne słońce, pogoda marzenie, błogo… Idziemy w kierunku bramy Red Bull, kładziemy narty na śniegu. Ok, może jeszcze mały berek kibelek. Wracamy na rozgrzewkę. Trzeba połknąć żelka, woda, no tak, nie ma… Konsternacja, szybkie pytania do znajomych. Red Bull’a pod dostatkiem, wody, nie ma nikt… Na szczęście dobry kolega szybko nam kupił buteleczkę! Rozgrzewka, ustawiamy się na starcie. Niestety znowu nie udało się wyegzekwować od zawodników ustawiania się na starcie według numerów. Szkoda, że tak „po polsku” się zachowali. W rywalizacji specjalnie to nie przeszkadzało, ale niesmak został. Najciekawsza rzeczą jednak był zawodnik w wyścigowym ubranku, bez numeru, to Ci numer. 🙂 Wystartował ze wszystkimi… Czarny koń zawodów?

Odliczanie do startu, 10, 9… 2, 1, poszli! Bezkrok w torach i po kilku metrach zaczynamy łyżwę, początek trudny, a po 100 metrach robi się bardzo trudno! Jednak jest dobrze. Spokojnie, rytmem. Leży dziewczyna, złamany kijek, czołówka już daleko – co jednak zaskoczeniem nie jest. My spokojnie. Jest super, dobry rytm. O, zaczyna być ciężko, coraz bardziej, nagle zaczyna przytykać… Koniec. Pożar w płucach, pieką mięśnie, trzeba zwolnić… Za szybko było, głowa chciała, organizm już mniej… Zwolnienie nie pomaga. Przerwa. A później jeszcze raz przed samy szczytem. Jakoś wszystko się uspokoiło i powoli organizm dochodzi do siebie. Na końcu stoku Kotelnicy jest premia górska: 100 metrów, kto przebiegnie najszybciej dostanie specjalną nagrodę. Nawet nie próbujemy, czekając na zjazd już na trasach biegowych, gdzie będzie można odpocząć. Znowu pod górę. Za plecami ktoś biegnie, szybkie spojrzenie: chłopak z jednym kijem, oddał swój dziewczynie, która zaraz po starcie połamała. Pyta czy nie przeszkadza. 🙂 Nie no skąd, jest świetnie, facet z jednym kijem biegnie razem z nami. Ale spoko, gadamy, dobiegamy do bufetu (tak, tego nad, którego sensem wcześniej się zastanawialiśmy). Zatrzymujemy się. Banan, woda, jednokijkowiec z nami, ruszamy dalej. Znowu pod górkę, chłopak dostaje kijek od sędziów i tyle go widzieli, nawet nie próbujemy biec z nim. Zaczynamy drugą pętle. Woda z bananem pomogły. Zaczynamy biec lepiej, na zjeździe kucamy, zaczynamy doganiać biegnących przed nami. Zakręt w namiocie Red Bull. Woda z bufetu -teraz bez przerwy. Technicznie trochę lepiej nam idzie niż tym przed nami, wychodzimy na czoło czteroosobowej grupki. Żebyśmy się rozumieli, mówimy już dawno o pozycjach w drugiej połowie stawki…

Zaczynamy ostatni fragment. Znowu stok narciarski trasa wytyczona jak na Alpe Cermis – bramki slalomowe. Po 10 metrach z pierwszego miejsca znajdujemy się na końcu grupki. Po 50 metrach jeden słabnie. Dobra, gonimy. Za szybko, trzeba było zrobić to wolniej, stajemy… Znowu głowa chciała, ale nie dogadała się z ciałem… Spojrzenie za siebie, nie ma nikogo, spokojnie do mety, na finiszu dajemy z siebie wszystko, żeby nie było.

Impreza super, na trasie kibice. Ci w pierwszej części jacyś smutni, wcale nie dopingowali, jednak już przy premii górskiej zupełnie inaczej. Super doping i tak już do mety. Na końcu jeszcze górale z dzwonkami, atmosfera fantastyczna!

Wygrał wśród mężczyzn Andrzej Pradziad, odbierając tytuł Zbója Danielowi Iwanowskiemu, najlepszą kobietą była Martyna Galewicz, która po roku odzyskała tytuł najlepszej Zbójniczki, uzyskując przy tym czas, który dał jej 9 miejsce w klasyfikacji Open! Generalnie widać, że brakowało biegaczom i biathlonistom startów w tym roku, była ich dosyć spora grupa. Komplet wyników dostępny na stronie Red Bull.

A my, no cóż, można zwalać na zbyt szybki początek, można szukać dziury w całym, jednak prawda jest taka, że nie da się przygotować w dwa miesiące do biegu na 50 kilometrów, nie mając bazy z jesieni. Wieczorem jeszcze jeden sprawdzian, Nocna Dziesiątka. A później już tylko aktywny odpoczynek i w sobotę start główny sezonu zimowego. Taktyka, pewnie znowu „na rympał” i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Cel jest teraz jeden, ukończyć 40-ty, jubileuszowy Bieg Piastów i zdobyć pierwszą pieczątkę do paszportu World Loppett.

Trzymajcie za nas kciuk!

This Post Has 2 Comments

  1. […] Zjazd z Samolotu – szybko, spokojnie bo pusto. Jedziemy koło jakiejś pani, wygląda na taką z zagranicy. Starsza, technika super, trochę zostaje na zjazdach, ale dogania na podbiegach. Po Samolocie w lewo, znowu w kierunku Jakuszyc, bufet – mandarynki i łyk herbaty, Jelenigórska, zjazd TVP Polonia, znowu szybki, zakręt w lewo i Jelenie Łąki. Powoli robi się ciepło, narty zaczynają trochę łapać śnieg, ale na szczęście dwa tupnięcia i puszcza. Kolega na podbiegu trochę odskakuje, jednak jesteśmy zaraz za nim, na płaskim i krótkim zjeździe w kierunku Rozdroża pod Cichą doganiamy go. Zakręt w lewo i teraz Kopalnia. Cały czas pod górę, prawie 3 km. Im bliżej końca, tym stromiej. Później wydaje się, że to koniec, a zostaje jeszcze jakieś 300 metrów lekko pod górę. Nasz przeciwnik na podbiegu znowu zostaje, coś nam mówi, żeby przyśpieszyć i definitywnie go zgubić, jest moc. Spojrzenie na zegarek: zdziwienie – duża szansa, że poniżej 4-ech godzin skończymy. Chwila zastanowienia, nie to jeszcze 10 km, nie będziemy przeginać, Zbóje dalej są w głowie. […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.