fbpx
Jakoś To Będzie

Jakoś to będzie, słowo klucz. Przygotowania do połówki w Wilnie (RIMI Half Marathon) szły wyjątkowo opornie. Wakacje kompletnie bez zapału do biegania, nastąpiło zmęczenie materiału. Kilka dni w Jakuszycach przed Eurobike to cały czas kombinowanie, żeby zamiast pobiegać pójść pojeździć na rowerze. Za to po powrocie z Friedrishafen już wszystko leżało, weekend w Jakuszycach po prostu zmarnowany. Siły odeszły, zapał też… Cóż, bilety na samolot kupione, hotel zarezerwowany, jakoś to będzie.

Piątek i 9.09, a prawie jak 13… na lotnisku w czasie oddawania bagażu okazuje się, że mamy bilety bez bagażu (sic), jak mogliśmy o tym zapomnieć! Z naszą kartą Freguent Trevelera możemy zabrać jedną walizkę ale nie ma szans się przepakować, a druga się nie mieści. Płacimy za bagaż, na lot do Wilna na powrotny, okazuje się, że zrobienie tego na 24h przed odlotem jest dużo tańsze. BRAWO!

Lot bez przygód, na lotnisku czeka na nas zamówiona z hotelu taksówka i jedziemy do hotelu.  Śpimy w Novotelu, będziemy mogli częściowo zapłacić punktami Accor. Szybkie formalności, pokój, zostawiamy bagaż, pora na rozprostowanie nóg po podróży. Okazuje się, że hotel jest przysłowiowy „rzut beretem” od miejsca startu i mety, które znajduje się przy Bazylice archikatedralnej św. Stanisława Biskupa i św. Władysława. Nie będzie trzeba się śpieszyć w niedzielę. Trochę spacerujemy po mieście, bez większego celu. Jemy coś w restauracji Amatininkų užeiga przy Ratuszu. Powrót do hotelu i idziemy spać. Jesteśmy dużo bardziej na północ niż Warszawa i wieczorem jest długo jasno.

Sobota wita nas słoneczną pogodą, przed hotelem turniej koszykówki ulicznej, niektórzy prezentują naprawdę niezły poziom. Idziemy odebrać numer i powłóczyć się po mieście, trzeba też zjeść jakiś lunch i znaleźć miejsce gdzie wieczorem będzie można zjeść makaron. W między czasie otwieramy stronę biegu, własnym oczom nie wierzymy. Okazuje się, że profil trasy jest prawie jak EKG. Nie będzie łatwo, stopień przygotowania do biegu prawie zerowy, trasa pagórkowata, a okazuje się jeszcze, że w centrum Wilna są piękne brukowane ulice. Cóż, jakoś to będzie.

Wilno jest ładnym miastem, trochę podobne do Krakowa, poznamy je lepiej w poniedziałek już po biegu. Na razie przeraża nas myśl o tym jak jesteśmy przygotowani i co nas czeka. Następny tydzień też nie będzie należał do łatwych, a w niedzielę jedziemy Tatry dookoła na rowerze. Cóż, jakoś to będzie 😉 .

Niedziela rano, chmury za oknem, nie wróżą nic dobrego, a w prognoza była dobra. Na śniadanie węglowodany, jakiś banan, ubieramy się na start, pakujemy plecak, a w nim tym razem jako recovery wędliny, banany i coca cola 🙂 , a co, nie można?. Na starcie jest trochę ludzi ale raczej będzie kameralnie jak w Rydze. Zakładamy pasek od Polara i idziemy na rozgrzewkę. Nie działa pomiar tętna, kombinujemy, usuwamy i dodajemy czujnik, nic, pewnie bateria. Idziemy do miasteczka biegaczy i szybko znajdujemy na jednym ze stosik fachowca z polar, Jak łatwo się domyślić, zapasowych baterii nie mają, jest za to czujnik tętna, kupujemy, próbujemy go dodać, zegarek go widzi ale nie działa… Trudno, biegniemy bez tętna, jakoś to będzie.

Ustawiamy się na starcie w swoim sektorze, będziemy próbować pobiec 1:50, zobaczymy co z tego będzie. Konferansjer dużo mówi, głównie po litewsku, nic nie rozumiemy. Odliczanie i biegniemy, plan jest prosty, próbujemy biec każdy kilometr 5.00 i zobaczymy kiedy organizm się zbuntuje. Do 3-go kilometra wszystko jest ok, tempo udaje się utrzymać, tras lekko z górki ale staramy się o tym nie myśleć. Później jest tylko coraz gorzej, pierwsze skurcze przed 4-tym kilometrem, biegniemy przez most, później park, zaczynają się podbiegi. Docieramy znowu do centrum, wzdłuż rzeki, nawrót, póżniej zakręt w lewo. Biegniemy koło naszego hotelu… nogi bolą już jak cholera, zaczynają się skurcze w czwórkach, a będzie jeszcze trochę góra / dół. Fajnie bo zaczynają się stacje z muzyką, trochę lepiej się biegnie.

Mijam 16-ty kilometr i wbiegamy do Starego Miasta, które znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Nie dość, że podbiegi to jeszcze bruk. Na jednym z podbiegów przechodzimy do marszu. Taka historia ostatni raz wydarzyła się w Berlinie, tam jednak wynik to 1:46,30, dzisiaj jak złamiemy 2 godziny to będzie dobrze. Przed metą około 19-go kilometra jeszcze stromy zbieg. Zaciskamy zęby i gnamy, co gorsza od jakiegoś czasu dokucza dosyć mocne słońce. Już tylko 2 km do mety, ciśniemy ile sił. META

Udało nam się pobiec poniżej 2 godzin, co nie zmienia faktu, że jest to nasz najgorszy wynik w półmaratonie. Ale tak naprawdę ciężko było się spodziewać czegoś więcej. Nogi zbite, czekają nas ciężkie dni. Z trasy nie wiele pamiętamy, to naprawdę była walka z samym sobą. Wyciągamy nasz zestaw recovery, znika w oczach, pijemy colę, idziemy wziąć prysznic, a później na mimo wszystko zasłużone pyszne jedzenie. Późne popołudnie spędzamy w uroczej restauracji o nazwie Galo do Porto.

Wnioski – zasada „jakoś to będzie” nie zawsze się sprawdza, do startów trzeba się systematycznie przygotowywać. Z ciekawostek na trasie najbardziej stromy podbieg to 9%, a najbardziej stromy zbieg to 12,1%. Sama impreza fajnie zorganizowana, kameralna, brakuje trochę w pierwszej części trasy muzyki, która jednak dodaje sił w czasie biegu.

Teraz pora chyba powoli zacząć myśleć o przyszłym sezonie, jeszcze Tatry i reszta planów idzie w odstawkę. Bieg Niepodległości już wcześniej został skasowany, będziemy w tym czasie na wakacjach 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.