fbpx
Miliony

Jak zostać milionerem? Po prostu wystarczy wyjechać na Bali. O tym na końcu. 🙂

Na wyjazd w listopadzie zdecydowaliśmy się stosunkowo późno, bo w sierpniu. Rozważaliśmy różne kierunki, padło na Bali. Wiele osób nam odradzało ten termin ze względu na porę deszczową. Po naszych doświadczeniach z Kenii, jakoś nie baliśmy się jej za bardzo. Popada, przestanie i zaraz zrobi się sucho. Korzystając z tego, że w listopadzie jest długi weekend postanawiamy, że mimo pory deszczowej jedziemy.

Lenistwo? Wygoda?

Tym razem nie poszliśmy do pierwszego z brzegu biura podróży i nie kupiliśmy wakacji All Inclusive. Jednak też nie organizowaliśmy wszystkiego na własną rękę. Postanowiliśmy skorzystać z pomocy biura Top Travel z Warszawy. Wyszukali dla nas loty i w ciągu jednego dnia przysłali nam propozycję kilku lotów w różnych termin i różnych wariantach. Z Polski niestety nie ma bezpośrednich, regularnych rejsów na Bali. Decydujemy się na Turkish Airlines i lot przez Istambuł. Lot z Istambułu zaczynamy w nocy i lądujemy na miejscu przed 18:00 lokalnego czasu. Powrót z Bali nocą, startujemy po 21:00 czasu miejscowego i lądujemy w Stambule około 5 rano. Teoretycznie będzie łatwiej dostosować się do zmiany czasu. W dodatku podróżujemy nowym Dreamlinerem. W planie mamy pobyt w Ubud połączony ze zwiedzaniem i później odpoczynek na plaży w Jimbaran. Dlaczego taki wybór? Taka była propozycja biura i na koniec okazał się to dobry wybór.

W programie w Ubud mamy zwiedzanie najważniejszych świątyni na Bali, pola ryżowe, plantacje kawy, lekcje gotowania oraz to na czym nam najbardziej zależało, jeden ze słynnych Balijskich wodospadów. W czasie pobytu na plaży, zobaczymy jeszcze jedną świątynie i pokaz tradycyjnego tańca Kecak. Program na miejscu jest zorganizowany przez lokalne biuro podróży, Panorama. Opiekują się nami od początku naszego pobytu, odbierając nas z lotniska, do samego końca, odwożąc nas na lotnisko. Oprócz samego transferu z lotniska jest z nami cały czas ten sam przewodnik i kierowca. Nie wiedzieliśmy za to, że będzie to lekcja jak zostać milionerem. 😉

Hotel w Ubud

Po dotarciu do hotelu Bhuwana przywitał nas deszcz, nie był to taki jak w Kenii, nie przestało padać przez całą noc. Momentami była to naprawdę silna ulewa. Jednak hotel był na to przygotowany, wszędzie były do dyspozycji olbrzymie parasole. Temperatura w związku z opadami jakoś drastycznie nie spadła, dalej było ponad 25 stopni Celsjusza. 🙂

Hotel ma cztery gwiazdki i w pełni na nie zasługuje. Jest położony na wzgórzu w pięknym ogrodzie, gdzie jest mnóstwo różnej roślinności. Idąc od recepcji, która jest całkowicie otwarta bez żadnych drzwi i okien, cóż, taki mają klimat, po prawej stronie mamy część hotelową. Na parterze i pierwszym piętrze znajduje się czterdzieści pokoi. Wszystkie są duże, z dużą łazienką, wyposażone w klimatyzacje, czajnik do gotowania wody i wszystkie inne rzeczy, które przydają się pokojach hotelowych. Nasz pokój jest na parterze i przed wejściem mamy mały stolik i dwa wygodne fotele. W pierwszym dniu czekała na nas woda mineralna w szklanych butelkach. Mieliśmy też dwie metalowe butelki i przy nich była karteczka, że jak tylko będziemy chcieli, to zawsze w restauracji można je napełnić wodą. W całym hotelu jest czysto i schludnie.

Po podróży byliśmy głodni, zdecydowaliśmy się ze względu na deszcz zjeść coś w hotelu. Wybieramy po zupie i mamy ochotę na kieliszek wina. Okazuje się, że w hotelu nie mam alkoholu. 🙂 Nie, że zabrakło, po prostu taka jest jego zasada, hotel jest bez dymu papierosowego i alkoholu. Z tym pierwszym było różnie, ponieważ raz zdażyło się, że w restauracji jeden z gości zaczął palić i nie zwrócono mu uwagi, tylko przyniesiono popielniczkę.

Przed południem pierwszego dnia mieliśmy wolne i czas spędziliśmy przy basenie oraz na zwiedzaniu hotelu.

Pierwsze zwiedzanie

Restauracja i basen są po lewej stronie ogrodu. Tam też jest SPA, z którego nie korzystaliśmy. Nad restauracją znajduje się sala, która w czasie naszego pobytu była wykorzystywana przez grupę Japończyków na różnego rodzaju ćwiczenia.

Basen nie ma regularnego kształtu, jak sami widzicie bardziej przypomina malutki staw. 🙂 W barze można było wypić soki ze świeżych owoców, które podobno działają cuda z ludzkim organizmem. Próbowaliśmy, są dobre, a na cuda jeszcze czekamy. 😉

Za restauracją znajduje się ogród w którym są uprawiane warzywa i owoce oraz szklarnia, w której również znajdują się wielkie zbiorniki z wodą. Są w nich hodowane ryby. Hotel stawia na ekologię i dlatego stara się jak najwięcej produktów do gotowania pozyskiwać samemu. Jednak okazuje się, że nie wszystko dobrze się przyjmowało o czym opowiedział nam kucharz w czasie naszej lekcji gotowania.

Na śniadanie były zarówno potrawy balijskie jak i europejski, my pod tym względem nie jesteśmy wybredni i to nam w zupełności wystarczało. Zawsze jedliśmy świeże owoce, a poźniej coś z lokalnych ciepłych dań. Specyficzny był tylko chleb, jakoś nie mogliśmy się przywyczaić do jego smaku.

Hotel w Jimbaran

Nasz transfer na plaże był połączony ze zwiedzaniem. Dotarliśmy do drugiego hotelu w porze późnego lunch’u. Keraton Jimbaran Resort już na pierwszy rzut oka jest zupełnie inny niż był nasz hotel w Ubud. Hotel ma również cztery gwiazdki, jednak jest dużo większy, posiada ponad 100 pokoi. Po formalnościach w recepcji udajemy się do naszego pokoju. Jest on również na parterze, jednak dużo mniejszy niż w pierwszym hotelu. Nasz pokój jest ciemny, ma jedno małe okno i to w dodatku na północ, widać przez nie kilka roślin, a około 2 metry od niego jest hotelowy mur. Zostawiamy bagaże, myjemy ręce i twarz w malutkiej łazience i idziemy coś zjeść. 

Jak sama nazwa wskazuje jest to resort, znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie plaży. Jest o wiele mniej zieleni niż w Bhuawana, jednak ogród też jest piękny. Są w nim drzewka bonsai z datami ich „narodzi”, najstarsze jakie widzieliśmy było z 1964 roku. Nasze roczniki też znaleźliśmy. 😉 Przy basenie słychać nowoczesną muzykę. Widać też ocean. Jednak najpierw jedzenie.

Pierwsze rozczarowania

Restauracja jest o wiele większa niż w poprzednim hotelu, wybieramy jakieś sałatki i zamawiamy po piwie. Tutaj jest alkohol. 😉 Było jak do tej pory na Bali pyszne. Postanawiamy się odrazu wybrać się nad ocean i zamoczyć nogi. Przy wchodzeniu do wody trzeba było uważać na drobne kamyki, poźniej okazało się, że w zależności od pływów oceanu były one w różnych miejscach, różnej wielkości oraz ilość. Pierwsze wrażenie po wejściu do wody, okropne, w nogi zaplątała nam się jakaś folia… Generalnie wrażenia mamy bardzo złe po kontakcie z oceanem.

Po pierwszej nocy mieliśmy też złą opinię na temat naszego pokoju, generalnie czuć było w nim wilgoć. Stęchlizna była nawet w firankach, po naszej interwencji przyniesiono jakiś odświeżacz, który został włączony do prądu. Nie najlepiej to świadczy o obsłudze, bo trzeba było by też wymienić firanki i zasłony, które były przesiąknięte tym zapachem. Nawet kawałek filcu, który był w sejfie miał nieprzyjemny zapach.

Dobre zarządzanie

Inna nieporadność zarządzających hotelem wyszła już pierwszego wieczoru. Kelner w czasie lunchu skusił nas na wieczór z jedzeniem balijskim i pokazem tańca. Jedzenie była pyszne, taniec było ok. Tancerki, cóż były po prostu bardzo ładne. 🙂 Szkoda tylko, że przy plaży był kolacja dla grupy irlandzkiej i balijska muzyka miała trochę mniejszą siłę przebicia. Powstawała momentami bardzo nieprzyjemna kakofonia.

Podoba historia trafiła nam się w ostatni wieczór. Jakiś indonezyjski celebryta miał ślub z międzynarodową modelką (cokolwiek to znaczy). Przez cały dzień do plaży trzeba było chodzi przez restaurację, a wieczorem, kiedy poszliśmy coś zjeść, byliśmy zmuszeni do słuchania wodzireja, weselnych konkursów i indonezyjskiego disco polo. Niestety w pokoju też było słychać tą muzykę.

Wszystkie te rzeczy wykorzystaliśmy rozmawiając o możliwości pozostania w pokoju do godziny 17:00, a nie do 12:00, kiedy to kończyła się doba hotelowa. Wtedy też rozbawiło nas stwierdzenie recepcjonisty, że przecież wiedzieliśmy o obu imprezach. Tak wiedzieliśmy, o pierwszej jak już weszliśmy do pokoju na 4 godziny przed jej rozpoczęciem i nie wiedzieliśmy, że będzie ona zagłuszać imprezę organizowaną przez hotel 30 metrów dalej. Przecież nie każda kolacja jest połączona z głośnym puszczeniem muzyki. O weselu dowiedzieliśmy się również wieczorem, dzień wcześniej. Ciężko nam uwierzyć, patrząc na to ilu było gości na weselu, że państwo młodzi zdecydowali się na ślub z dnia na dzień. Ostatecznie przedłużenie doby hotelowej kosztowało nas 20$, pierwsza propozycja recepcjonisty to było 150$.

Przyjaciele ze wschodu

Warto napisać też o śniadaniach, które były bardzo dobre. Można było jak w każdym resorcie zamówić sobie również omlet lub jajecznicę. Były też gofry, a w kolejny dzień racuchy z owocami i tak na zmianę. Poza tym podobnie jak w poprzednim hotelu, owoce, lokalne potrawy, jakieś kiełbaski, wszystko naprawdę dobre i smaczne. Jednak był mały minus, który według nas znowu wynikał z nieporadności zarządzających hotelem. Wielu nowobogackich Rosjan przychodziło na śniadania gotowych do wyjście na plażę. Panie w bikini, a panowie bez koszulek.  Może gdyby mieli się czym pochylić to nie było by to takie złe… 😉

Jak zostać milionerem?

Jest to łatwiejsze niż możecie sobie wyobrazić, wystarczy wymienić 100$ i już mamy prawie półtora milion. 🙂 Ciężko nam się było do tego przyzwyczaić, zwłaszcza, że również niektóre ceny w kartach menu w restauracjach są zapisane np. 45k, zamiast 45.000.

Czy na Bali w związku z tym jest drogo? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, z pewnością powinniśmy się targować. W restauracjach utrudnieniem również jest to, że trzeba sprawdzać czy jest w cenie zawarty serwis. Zawsze trzeba do ceny doliczyć podatek. Stałe ceny są raczej tylko w marketach, my robiliśmy zakupy w Pepito Market. Np. małe piwo Bali Hi kosztuje 20.500 rupii, a duże 39.500. Coca Cola 1,5 litra kosztuje 18.500, a woda mineralne, również 1,5 litr, 7.000.

W Ubud jednego wieczoru poszliśmy zjeść w lokalnej restauracji w centrum i kolacja kosztowała nas około 300.000 rupii z dwoma małymi piwami. Jedzenie w czasie zwiedzania również kosztowało nas do 300.000. Było zawsze smaczne i za każdym razem dostawaliśmy do niego dużą porcję ryżu. Jest on podstawą diety na Bali i potrzebują go tak dużo, że lokalne uprawy nie wystarczają.

Jak stracić miliony w kilka sekund

W restauracjach przy plaży jedliśmy owoce morza lub po prostu ryby. Pierwszego dnia na lunch zjedliśmy mały zestaw składający się z małży, krewetek i pół kilograma ryby i duże piwo w cenie 250.000 rupii. Dodatkowo dostaliśmy sałatki (ogórki i pomidory polane bardzo dobrym sosem) i deser (po kawałku arbuza i ananasa).

W drugi wieczór w Jimbaran wymyśliliśmy, że jak odejdziemy plażą dalej od hoteli to może być taniej. Ku naszemu zdziwieniu było o wiele drożej! (sic!)  Po prawie pół godzinnym spacerze zaproponowano nam za podobny zestaw 1.200.000 rupii. Tutaj raczej łatwo przestać być milionerem. 😉 Po szybkim pytaniu czy płacimy gotówką czy kartą, okazało się, że za gotówkę można go zjeść płacą 800.000. Szybko odpowiedzieliśmy, że na przeciwnym końcu płaci się za taki zestaw 400.000, kelner stwierdził, że za 600.00 to nam może go zaoferować, jednak za 400.000 już nie. Trochę nas to zniesmaczyło, bo gdyby nie nasza chwila zawahania na początku, to zapłacilibyśmy dwa razy więcej niż ostateczna oferta.

Wróciliśmy w okolice naszego hotelu i poszliśmy do miejsca o nazwie Warung Bamboo. Już do końca pobytu w Jimbaran tam się „stołowaliśmy”.  Ceny w zależności od tego jaki zestaw wybieraliśmy wahały się od 200.000 do 400.000, duże piwo w zależności od restauracji kosztowało od 40.000 do 55.000 (w sumie nie wiele drożej niż w sklepie). Raz spróbowaliśmy lokalnego specjału alkoholowego, arak w z miodem i wodą, smak dobry, jednak nie polecamy w upale w ciągu dnia. 😀 Cena 45.000.

Zupa w okolicach hotelu, przy głównej ulicy w tak zwanym ‚street food” kosztowała 25.000, pewnie i tak lokalni płacą mniej. 🙂

Kart kredytowe

Trochę jest kłopot z płaceniem kartą. W hotelach nie ma z tym problemu, w sieciowych sklepach spożywczych również. W knajpkach przy plaży albo płacimy bardzo drogo kartą albo dużo taniej gotówką. Decyzja należy do Was.

Euro i dolary wymienialiśmy w miejscach, które były przy głównych ulicach, nigdy nie było próby oszukania nas. Być może dlatego, że za każdym razem kiedy wymienialiśmy pieniądze podjeżdżaliśmy autem z naszym przewodnikiem, auto było obklejone naklejkami biura podróży Panorama.

Tak więc, już wiecie jak zostać milioneram na Bali, jednak równie łatwo jak się zostaje milionerem to się nim przestaje być. 🙂

Podsumowanie

Z pewnością warto się wybrać do Indonezji, poznawanie innych kultur i klimatu jest, przynajmniej dla nas, bardzo ciekawym doświadczeniem. Bardzo wilgotny klimat, wysoka temperatura z pewnością dają na początku w kość. Po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się do tego, chociaż w czasie wyjazdu na taniec Kecak do klasztoru Uluwut nawet nasz przewodnik mówił, że jest wyjątkowo gorąco. Fantastyczne jest jedzenie, świeże jarzyny, owoce morza, niesamowite smaki, zupełnie inne nie w Europie. Zupełnie inna jest też kultura i na nas niesamowite wrażenie zrobiło to, że Balijczycy przywiązują tak dużą wagę do składania ofiar. Widać, że kultywowanie wiary i tradycji jest dla nich czymś bardzo ważnym. Też uważają, że każdy uczynek będzie nam odpłacony. Nasz przewodnik mówił dwie rzeczy:

  1. Wydane pieniądze pomagają Balijczykom i karma Ci za to odpłaci czymś pozytywnym
  2. Jeżeli zapłaciłeś za coś dużo i Ci się podobało, to znaczy, że to nie było drogie, jednak jak zapłaciłeś mało i Ci się nie podobało, to znaczy, że było to drogie.

Bali nam się podobało, jednak ciężko powiedzieć, że był to efekt WOW. Przez chwile byliśmy milionerami. 🙂 Do Kenii z pewnością chcemy jeszcze wrócić czy na Bali jeszcze wrócimy? Trudno powiedzieć, jest jeszcze tyle ciekawych miejsc na Świecie do zobaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.