fbpx
Beskid Śląski Na Szosie 1

Jak pewnie wszyscy zauważyli najwięcej czasu jeździmy na rowerze w okolicach Zakopanego. Jednak w jeden z lipcowych weekendów postanowiliśmy spędzić w Beskidzie Śląskim. Na miejsce noclegu wybraliśmy hotel Podium, kiedyś już w nim byliśmy na badaniach wydolnościowych. Są w nim udogodnienia dla kolarzy, jest kriokomora i można sprawdzić co ma się „pod nogą”, zarówno na bieżni jak i na rowerze. Plan był prosty przyjazd w piątek, krótki wypad z Drugą Połową na elektryku (jak zwykle zasięg ograniczony przez baterię), sobota wycieczka dookoła Skrzycznego. W niedzielę już luz, a powrót w poniedziałek rano.

Plan jak to plan, zmienił się

Plan zaczął już się sypać w piątek, nie wyjechaliśmy tak jak chcieliśmy i na miejscu byliśmy dopiero koło 19, trochę późno, żeby wybierać się na rower, zwłaszcza, że w górach słońce szybko się chowa i robi się chłodno. W hotelu parkujemy rowery w specjalnym pomieszczeniu, okazuje się, że jest jakaś duża grupa kolarzy, bo stoi już kilkanaście rowerów. Elektryk do prądu, przesmarowanie łańcuchów i idziemy na kolację. Jedno jest pewne, w hotelu dbają o to, żeby człowiek nie był głodny. 🙂 Porcje są ogromne i co najważniejsze bardzo smaczne. Dostaliśmy też zgodnie z prośbą jedzenie przygotowane dla osób nie jedzących glutenu.

Miłe złego początki

Sobota zapowiada się upalnie, druga połowa ma w planie spacer, a my naszą trasę wokoło Skrzycznego. Po pysznym śniadaniu trzeba jeszcze zatankować biodony i można ruszać w drogę. Na początek podjazd z Wisły na przełęcz Salmopolską, jak na rozgrzewkę to całkiem sporo. 😉

Pogoda rano całkiem sympatyczna, jedziemy w górę, mniej więcej 10 kilometrów, pokonując na początek ponad 400 metrów przewyższenia. Jak na rozgrzewkę to całkiem sporo, średnie nachylenie 5%, jednak krótkimi momentami jest około 10%, najtrudniej pod koniec podjazdu. Asfalt bardzo dobry, ruchu prawie w ogóle nie ma. Na przełęczy Salmopol jesteśmy mniej więcej po 40 minutach, Jack Haig, który posiada KOM potrzebował na ten segment niecałe 17 minut.  🙂 Zjazd do Szczyrku jest po zdecydowanie gorszej szosie, dużo dziur. Blokuje jeszcze samochód, którego nie mamy jak wyprzedzić, a możemy jechać w dół zdecydowanie szybciej. Przejazd przez Szczyrk też dosyć nerwowy. Dużo turystów i niestety próbują przejść przez ulicę w zupełnie dowolnie wybranym miejscu udając, że nie widzą nadjeżdżającego rowerzysty.

Dojeżdżamy do Buczkowic, tutaj skręcamy w prawo i jedziemy bardzo spokojną drogą, która jest trochę pofałdowana, raz góra, raz dół. Mijamy Lipową, Twardorzeczkę, po prawej cały czas widać pasmo Skrzycznego, słońce zaczyna coraz mocniej grzać. Teraz 16 km spokoju i dojeżdżamy do drogi nr 1. Czujemy się tutaj jak na Podhalu, 😉 kierowcy samochodów z lokalnymi nr rejestracyjnymi próbują nas zepchnąć z drogi. Ten fragment przez Węgierską Górkę, aż do Kamesznicy, gdzie zaczyna się kolejny odcinek drogi S1 jest niestety mało przyjemny. Duży ruch samochodów, cały czas nerwowo. Dodatkową atrakcją jest to, że droga już dosyć równo pnie się w górę. Mamy teraz dwie opcje, można pojechać drogą wzdłuż S1 i dojechać do drogi nr 943 lub lokalną drogą przez Kamesznicę. Obie doprowadzą na do Koniakowa.

Wybory

Wybieramy przejazd przez Kamesznicę, cenimy sobie spokojne, lokalne drogi. Jedzie się bardzo przyjemnie, ruch samochodów prawie zerowy, wiemy, że pod koniec może być trudniej, jednak na razie sielanka. Segment nazwany na Strava Kamesznica – Przełęcz Koniakowska ma pod 3,5 kilometra i średni nachylenie 7%, brzmi jak łatwizna. Jednak jest to zasadzka jak z Gliczarowem, w pewnym momencie, krótki zjazd, a tak naprawdę najgorsze są kilkuset metrowe ścianki. Właśnie jedna wyrosła przed nami… 800 metrów i średnio 11%, poźniej jeszcze 500 metrów i średnio 16%, dojeżdżamy do skrzyżowania, nie mamy siły cieszyć się widokiem. Chwilami było ponad 25%. Robi się płasko, zastanawiamy się czy nie wrzucić na „blat”, zrobiło się 7%.

Spoglądamy na Garmin, mamy jechać w lewo i właśnie zdajemy sobie sprawę z tego, że jest jeszcze jedna ścianka… Jedziemy trawersem bo górze nazwanej Koczy Zamek (zamku tu co prawda nie ma) i na szczycie mamy już naprawdę dosyć. Tylko 500 metrów, średnio znowu tylko 12%, jednak momentami znowu ponad 20%… na ostatnich metrach mamy kibiców i chyba tylko dlatego, że nie chcemy wyjść na słabeuszy ostatkiem sił dojeżdżamy do końca podjazdu… Nogi się trzęsą, ręce też, dyszymy jak stara lokomotywa parowa… 🙂

Ostatki

Nagrodą jest zjazd do Istebnej. Myśleliśmy o tym, żeby się gdzieś zatrzymać, jednak boimy się, że jak usiądziemy to już nie ruszymy. Jedziemy drogą nr 943, żeby po chwili skręcić w kierunku Kurzyszowskiego Gronia. To taki mały skrót, którym docieramy w Istebnej do drogi nr 941. Wyjeżdżając z Istebnej zaczynamy ostatni długi podjazd dzisiejszego dnia. Do przełęczy Kubalonka mamy prawie 4 kilometry i średnio 5% nachylenia. Nie mamy już siły na szybką jazdę, kręcimy z nogi na nogę, nie pomógł żel, picie się kończy, nie kupiliśmy wody po drodze. Potrzebujemy ponad 20 minut, żeby dotrzeć do końca podjazdu. Szczęśliwie jedziemy w lesie i jest o wiele przyjemniej, upał nam mniej doskwiera. Pod koniec podjazdu widać po prawej stronie budynek Wojewódzkiego Centrum Pediatrii Kubalonka.

Dojeżdżamy do parkingu, skręcamy w prawo i zaczynamy zjeżdżać w kierunku Zameczka. Tutaj znowu oczy dookoła głowy… turyści chcący zobaczy zamek Prezydenta RP nie zdają sobie sprawy z tego, że są na normalnej drodze! Wchodzą na nie kiedy chcą i gdzie chcą, skończyło się ostrym hamowanie i krzykami, że przecież pieszy ma pierwszeństwo… 🙁

Przypadkowy ratunek 🙂

Koło zapory zatrzymujemy się na chwilę koło Drugiej Połowy, wraca z pieszej wycieczki i szczęśliwie ma jeszcze trochę wody. Wypijamy duchem całość, siadamy na rower i dalej w dół. Dojeżdżamy do drogi nr 942, skręcamy w prawo po to, żeby po kilkuset metrach skręcić jeszcze raz w prawo na ostatni podjazd tego dnia. Do hotelu naprawdę wyjechaliśmy resztkami sił…

Beskid Śląski na szosie czy warto

Pętla bardzo fajna, są fragmenty bardzo przyjemne, bez ruchu samochodowego, są bardzo trudne podjazdy (z naszego punktu widzenia), jest trochę fajnych zjazdów. Minusem jest fragment przez Węgierską Górkę, jednak jak zostanie dobudowany (a pewnie kiedyś tak będzie), brakujący fragment S1 to ruch samochodowy będzie mniejszy. Błędem było to, że nie zatrzymalismy się, aby dolać wody do bidonów, a okazje były, np Koniaków czy Istebna. To napewno utrudniło nam przejazd ostatnich kilometrów. Z pewnością warto przejechać tą pętle, jest trudna, jednak to tylko 77 kilometrów i 1.500 metrów przewyższenia. My potrzebowaliśmy na to prawie 4 godziny, jednak nigdzie nie jechaliśmy na „maksa”.

Jest to tylko jedna z propozycji. Patrząc na mapę i rozmawiając z chłopakiem, który trenuje tutaj wiemy, że możliwości jest o wiele więcej. Chętnie wrócimy w Beskid Śląski. W kolejnym tygodniu Góry Świętokrzyskie, a później start w Tour de Pologne Amatorów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.