fbpx
Afrykanska Przygoda

Afrykańska przygoda – jak było i czy warto? Letnie wakacje były, to w sumie tyle co możemy na ten temat napisać… W związku z pracą nie były takie jak chcieliśmy i nie do końca udało się odpocząć. Przyszedł też duży kryzys formy i niechęć do trenowania, a połówka w Wilnie wciąż była przed nami. Stąd też nasz pomysł, żeby korzystając z jednego z długich weekendów wyjechać gdzieś jesienią na tydzień i najzwyczajniej leżeć na jakiejś plaży nic nie robiąc. To ostatnie jak się domyślacie prawie nie wykonalne. 🙂

Poszukiwania

Zaczęliśmy się zastanawiać gdzie, kiedy i inne takie… miało być ciepło, z basenem i jakąś słoną wodą. Egipt? Wyspy Kanaryjskie? Któryś z krajów półwyspu arabskiego? Zaczęliśmy drążyć temat. Skyscanner, booking.com i różne inne opcje. Telefon do koleżanki, która widziała trochę Świata i napewno poradzi, dodaliśmy jeszcze jeden warunek, lot do 5-u godzin. Po krótkiej dyskusji padło na Kenię, tak, wiemy, lot nie trwa 5 godzin. 😀 Cóż, plany są po to żeby je zmieniać.

Ma być ciepło, wygodnie i postanawiamy nie szukać sami lotów, hoteli, idziemy do biura podróży, polecimy czarterem.

W centrum handlowym jest na pewno kilka różnych biur lub pośredników. Po wizycie w dwóch biurach decydujemy się na Tui, ten sam hotel kilkaset złotych tańszy niż u konkurencji i znają już rozkład lotów, czego nie zna konkurencja. Wybieramy hotel Baobab, jest on złożony tak naprawdę z trzech różnych hoteli, przy samej plaży, zdjęcia wyglądają dobrze, opinie na TripAdvisor rownież. Wylot 5.11 z Warszawy o 10.00, lot obsługiwany przez Enter Air z międzylądowaniem w Larnace. Tydzień leżenia do góry brzuchem, picie, jedzenie, nic więcej nie trzeba… Dzwonimy do koleżanki pochwalić się, że ostatecznie będziemy przez tydzień „nic nie robić” w Kenii. Na co słyszymy, że „zdurnieliśmy”, zamurowało nas… przecież sama mówiła, że to dobry pomysł. Krótkie wyjaśnienie i okazuje się, że według niej być w Kenii i nie pojechać na safari to jak picie szampana bez bąbelków. 😉

Oczekiwanie

Powoli zaczynamy myśleć o wyjeździe, zabierzemy płetwy i maski, szukamy informacji o safari, jeszcze połówka w Wilnie, jakieś targi w Niemczech i Polsce, Tatry do około na rowerze i nawet nie zauważymy jak zrobi się 5.11. Ale czad!

O połówce w Wilnie możecie przeczytać w osobnym wpisie, o Tatrach nie ma co pisać… Ale wyjazd coraz bliżej! W między czasie ogarniamy szczepienia, nie będziemy ryzykować i oszczędzać 2 tysiące złotych, żeby później na leczenie wydać o wiele więcej. Zdrowie ma się jedno.

4.11 przyjeżdżamy do Warszawy, śpimy jak zwykle w Mercure Grand przy Kruczej, rano śniadanie, taksówka na lotnisko i pierwszy zgrzyt, mimo, że informowaliśmy o chęci zapłacenia kartą to pan nie jest na to przygotowany, ekstra. Płacimy gotówką, trudno, nie nazbieramy kolejnych mil w programie Miles & More. 🙂

Zbieramy tobołki i idziemy do odprawy, bez większego pośpiechu, zdecydowaliśmy się na wykupienie rezerwacji miejsca w samolocie i nie ma potrzeby stać w kolejce od 7.00. Martwi nas tylko zmniejszony do 16 kg limit bagażu na osobę. Sam plecak ze sprzętem fotograficznym waży około 7 kg (limit na podręczny to 5 kg), a każda z naszych walizek około 17-18 kg, trudno, jak będzie trzeba to dopłacimy za nadbagaż.

Lotnisko

Z daleka widać, gdzie będzie odprawiany czarter, dawno nie mieliśmy przyjemności korzystać i zapomnieliśmy jak to jest. Cóż fajnie, że Polaków stać na wyjazdy zagraniczne ale niestety często wyróżniamy się szarą odzieżą, brudnymi butami i głośnym zachowaniem. Będzie wesoło w samolocie… Dokładnie 2 godziny przed odlotem rusza odprawa. Trwała by szybko, gdyby nie grupa, która koniecznie chciała siedzieć koło siebie w locie do i z powrotem, trochę zablokowali wszystko co chwila biegając do biura linii lotniczych, żeby zapłacić za rezerwacje miejsc w locie powrotnym. Walizki ważyły więcej, jednak nie musieliśmy nic dopłacać. Wszystko poszło dosyć sprawnie i zostaje nam jeszcze około 1,5 godziny do odlotu. Idziemy szybko do kontroli bezpieczeństwa, coś zjemy, małe zakupy na podróż i Żubrówka dla naszego pana od safari.

Samolot

W samolocie siedzenia jak w całej europejskiej flocie Lufthansy, na pierwszy rzut oka wyglądają jak w tramwaju, jednak są wygodne i pozostawiają dużo miejsca na nogi, niestety zaczynaja się „polskie” komentarze na temat jakości samolotu. Po starcie rusza płatny serwis, zamawiamy po Prosecco i po kurczaku, jedyna opcja dla osób nie jedzących glutenu. Oglądamy filmy, jemy kupione na lotnisku kiełbaski, towarzystwo dobrze się bawi pijąc rozcieńczona Coca Colę. Powoli podchodzimy do między lądowania w Larnace, kurczaka nie widać, a coraz bardziej jesteśmy głodni. Tankowanie, zmiana załogi, start i robimy mały dym, kurczak zapłacony, a my głodni, bo dalej go nie dostaliśmy… nowa załoga łaskawie po jakichś 20 minutach od zgaśnięcia sygnalizacji zapiąć pasy przynosi nam jedzenie. W sumie czekaliśmy ponad 3 godziny. Z drugiej strony patrząc na cały lot, to ta druga „zmiana” była dużo sympatyczniejsza.

Zachód słońca i powoli zbliżamy się do lotniska w Mombasie, lądowanie, wysiadamy z samolotu i… ciepło, bardzo ciepło. Odprawa paszportowa, wiza, walizki, kontrola celna, odbieramy dokumenty od rezydenta i wsiadamy do autobusu. Jedziemy bezpośrednio do naszego hotelu. Miłym akcentem była butelka wody dla każdego przy autobusie. Po mniej więcej godzinie jazdy z przeprawą promową jesteśmy w hotelu. Wilgotne ręczniki, napój, dostajemy klucze od pokoju i chwilę czekamy na panią, która prowadzi nas do zupełnie innej części hotelu niż idą wszyscy. Koło 1.00 miejscowego czasu jesteśmy w łóżku. Podróż w sumie była męcząca.

Hotel

Budzimy się nad ranem, zimno, wyłączenie klimatyzacji i jeszcze dosypiamy. Rano ruszamy na śniadanie, później spotkanie z rezydentem, pan do safari i popołudnie wolne. Zaskoczeniem rano był deszcz, ulewa, pierwszy raz w tej strefie klimatycznej, więc nie wiedzieliśmy z czym mamy do czynienia. Lało jakieś pół godziny, a po 15 minutach już nie było śladu po deszczu.

Nie będziemy opisywać kolejnych dni, bo to nie ma większego sensu.

Mieszkaliśmy w części o nazwie Kole Kole. Bardzo duży pokój na drugim piętrze, około 30-40 metrów kwadratowych, prysznic i umywalka były tak jakby w przedpokoju. W niczym to nie przeszkadzało, toaleta zamykana, nie stanowiła już części pokoju. 😉 W opcji All Inclusive można było korzystać z restauracji zarówno w naszej części hotelu jak i z dwóch pozostały, Baobab i Maridadi. Wstyd ale z wyłączeniem kolacji po przyjeździe i lunchu po powrocie z safari, jedliśmy tylko u nas. Jednego wieczoru postanowiliśmy sprawdzić restauracje w hotelu Baobab ale tłum, który zobaczyliśmy spowodował, że wróciliśmy do naszej części.

Jedzenie

Jedzenie było bardzo dobre, na śniadanie dużo owoców, różne płatki, wędliny, sery, naleśniki, fasolka, bekon, mleko, jogurt, czasem owsianka. Kto chciał mógł zamówić omlet lub jajecznicę. Lunch i kolacja nie różniły się bardzo między sobą pod względem wyboru potraw. Zawsze były owoce morza, kurczak, coś z wieprzowiny, coś z wołowiny, czasem kaczka lub jagnięcina. Codziennie można było zamówić sobie makaron. Nie wiedzieć dlaczego Włosi jedli głownie makaron. 😀 Na deser duży wybór ciast i pyszne owoce. Do kolacji i obiadu zawsze można było zamówić wino, białe lub czerwone albo piwo. Przynosili je kelnerzy albo kelnerki, w przeciwieństwie do Egiptu było trochę pań. Kawę, herbatę, soki lub wodę można było przynieść sobie samemu.

Otoczenie

Cały kompleks jest położony w lesie tropikalnym i składa się z kilkudziesięciu budynków. Są trzy baseny, my korzystaliśmy tylko z tego, który był najbliżej naszego pokoju. Pozostałe zobaczyliśmy w czasie jednego ze spacerów i uznaliśmy, że ten nasz jest najspokojniejszy i jest dużo cienia od palm. Był tez tak ukształtowany, że można było w nim bez problemu pływać. Przy basenie dwa bary, które były czynne od godziny 10.00. W jednym z nich przez cały dzień można było zamówić pizzę, a w porze lunchu były codziennie jakieś zestawy.

Na plażę schodziło się po kilkunastu stopniach schodów. Piasek był cudowny, ocena ciepły, niesamowite wrażenie zrobiły na nas też przypływy. Poziom wody potrafił się zmienić o prawie dwa metry w ciągu doby!

W ostatni dzień nie udało się zatrzymać pokoju do wieczora, hotel miał pełne obłożenie na weekend. Nasze walizki trafiły do bagażowni. Na koniec dnia bez najmniejszego problemu dostaliśmy pokój w którym mogliśmy się wykąpać przed podróżą.

Powrót

Transfer na lotnisko bez żadnego problemu, krótka kolejka do kontroli bezpieczeństwa, pózniej Check In. Tutaj znowu pojawiły się „polskie” zachowania. Niektórzy kompletnie bez sensu przepychali się w kolejce, cóż.

Trzeba dodać, że lotnisko w Mombasie jest dziwnie zorganizowane, najpierw kontrola bezpieczeństwa, pózniej Check In. Hala ze sklepami, kupujemy wodę na drogę i jakąś czekoladę. Później kolejna kontrola bezpieczeństwa i przechodzimy do hali w której czekamy na nasz samolot.

Lot do Polski bez najmniejszych problemów, jedyna niedogodność, że odbywał się nocą, niedziela była ciężka. 🙂

Ależ ten czas szybko zleciał…

Afrykańska przygoda – jak było i czy warto. Odpowiadając na pytanie jak było, było fantastycznie! Czy warto? To już musicie ocenić sami. Generalnie wyjazd do Kenii nie należy do tanich ale dla oceanu, piasku i safari z pewnością jeszcze wrócimy. O samym safari możecie przeczytać w osobnym poście. Teraz trzeba się przyzwyczaić do innych temperatur i powoli zacząć myśleć o sezonie zimowym.

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.