Tatra Road Race Hard As Hell

W zeszłym roku nie zgadzaliśmy się z tym, jednak tegoroczny Tatra Road Race był Hard as Hell. Spodziewaliśmy się lepszej jazdy, bo w sumie nie o wynik nam chodziło, miejsce w peletonie znamy. 🙂 Udało się zrealizować wszystkie cele, jednak nie w takiej formie jak sobie to planowaliśmy. Z wyścigu jesteśmy zadowoleni w 80%. Zacznijmy jednak od początku.

Bezpośredni Przygotowanie Startowe u amatora 😉

Ostatni tydzień przed startem w Tatra Road Race to przede wszystkim próba zregenerowania się po hiszpańskiej przygodzie. Tam w ciągu 4 dni przejechaliśmy ponad 270 kilometrów robiąc ponad 6.500 metrów przewyższenia. Ostatni wyjazd na porte de Tudons zakończył się powrotem samochodem do apartamentu, odcięło nas 10 km przed metą. Było po prostu za dużo, jednak jak w takich warunkach nie kręcić kilometrów? Co gorsza cały czas nam dokuczała noga, którą nadwyrężyliśmy w czasie wycieczki dookoła Tatr. W Hiszpanii ilość kilometrów i jazda na pożyczanym rowerze nie pomogły jej. Tak więc totalna amatorszczyzna. 🙂 W środę zabieg u fizjoterapeuty, czwartek niecałe 30 km z jednym mocnym podjazdem. Piątek znowu fizjoterapeuta i zaklejamy nogę tejpami, może będzie lepiej.

Przed startowa nerwówka

Wszystko przygotowane dzień wcześniej, strój, jedzenie na wyścig, rower wyczyszczony. Rano zjadamy pyszną owsiankę, ubieramy się, worek z bananami, batonami Enervit i żelami na plecy i jedziemy rowerem na start. Jesteśmy na miejscu kilkanaście minut po 9.00. Witamy się ze znajomymi, rower na chwile do Veloart z prośbą o sprawdzenie przerzutek, smarowanie łańcucha. Wpadamy do Way2Champ, krótka rozmowa z Jarkiem Dymkiem o ustawieniu bloków w butach. Czas powoli mija, muzyka sobie gra z samochodu Red Bull. Czas na rozgrzewkę. Przyjechał w między czasie nasz pacemaker na rowerze elektrycznym i ruszamy razem. Powoli bez pośpiechu, kilka kilometrów, jedno mocne przyspieszenie. Wracamy na start zobaczyć tych co ruszają na „dorosłą trasę” nazywaną przez organizatora PRO. Prawda jest taka, że nie powstydził by się jej żaden zawodowy wyścig. Podobnie jest z naszą trasą nazywaną przekornie FUN. 55 kilometrów i ponad 1.500 metrów przewyższenia.

Ustawiamy się w drugim sektorze, który jest zarezerwowany dla tych co startowali w zeszłym roku. W pierwszym stoją przedstawiciele sponsorów, wszystkie kobiety, które startowały w 2016 roku i zawodnicy, którzy zajęli miejsca w pierwszej czterdziestce zeszłorocznego wyścigu. Stajemy koło Janusza, którego goniliśmy rok wcześniej przez 50 km. Przed nami na końcu pierwszego sektora 3 tegoroczne „cele”.

Start

Tuż przed startem jeszcze szybciutko w krzaczki i wracamy do roweru. Kilka słów od organizatora o trasie. Wymieniają wszystkie trudne i potencjalnie niebezpieczne miejsca. Przypominają, że zawody odbywają się w otwartym ruchu i obowiązują nas przepisy ruchu drogowego. Zaczyna kropić i zakładamy kamizelkę. Punkt 11.30 startujemy. Początek do wyjazdu z terenu hotelu bez nerwów. W tym roku szlaban otwarty. 🙂 Patrzymy na nasze „cele” są przed nami. Zaczynamy tradycyjnie spokojnie, nie szarpiemy się do przodu. Po jakichś 2 kilometrach orientujemy się, że Garmin nie odpalony… Dwa „cele” jadą do przodu, trzeci wiemy, że będzie łatwy, nie daje rady jechać z nami już na dojazdówce do startu ostrego. Zaczynamy się rozglądać gdzie i z kim jesteśmy. Za nami dziura jakieś 100 – 150 metrów. My na końcu grupki, której początku nie widać. Zakręt w prawo i zaczyna się. Na początku mała rozgrzewka ponad 10% nachylenia, doganiamy Witka, pytamy trochę proforma gdzie Janusz, a ten mówi, że daleko z przodu. Qrcze, nawet nie wiemy kiedy nam uciekli na starcie… No trudno, nie będziemy się „zaginać” na pierwszej górze.

W połowie podjazdu decydujemy, że nie oglądamy się na „cele”, jechały bardzo wolno i decydujemy się jechać swoim równym tempem. Przed samym szczytem zdejmujemy kamizelkę i postanawiamy oddać „Elektrykowi”. 😉 Pewnie będzie padać ale jest bardzo ciepło.

Zjazdy i podjazdy

Tegoroczna trasa jest lekko zmodyfikowana, nie jedziemy do Chochłowa tylko w Dzianiszu za szkołą skręcamy na Ostrysz, później Nowe Bystre, podjazd na Zoki i ten fragment taki jak rok wcześniej. Bachledówka, Ząb i wracamy do Nowego Bystrego. Tutaj dla odmiany jedziemy w kierunku Zoków, a nie Słodyczkami na Butorowy. Zoki w przeciwną stronę, Ostrysz i później przez Dzianisz na Butorowy. Cały czas góra, dół, góra dół. Podjazdy z nachyleniem fragmentami dobrze ponad 10%, momentami nawet 20%. Zjazdy strome, trudne technicznie i nie da się na nich odpocząć.

Jesteśmy w małej grupce, 4 – 5 osób ale nie ma żadnej współpracy w drodze do Ratułowa, a tutaj to by się przydało, lekko w dół i można odpocząć. Zaczynamy podjazd w kierunku Zębu. Co chwila doganiamy tych co „strzelają” z wcześniejszych grup. Nie mamy pojęcia w którym miejscy peletonu jesteśmy. Staramy się jechać komuś na kole ale nie ma chętnych na prowadzenie. Nogi dobrze się kręcą i jedziemy równym tempem. Temperatura niższa niż na początku, mimo wszystko co jakiś czas bierzemy łyk izotonika. Zjadamy jeden z żeli. Tradycyjnie, żeby nie było za łatwo skręcamy na Bachledówkę, tutaj nagrodą jest bufet. Na asfalcie tuż przed najtrudniejszym momentem napis „przyjmij pozycję aero”. 🙂

Przed końcem podjazdu zaczyna padać. Szybko bierzemy bidon, banan, łyk wody, na szczęście nie mamy w co się ubierać więc nie tracimy czasu. Napędzamy rower, chwila w dół i zaczynamy końcówkę podjazdu pod Ząb. Powoli doganiamy kolejnych zawodników. Nogi super się kręcą, deszcz nas orzeźwił i zaczynamy myśleć jak rozegrać końcówkę. Janusza nie widać, cele zostały daleko z tyłu. Kolejny żel.

Miłe złego początki

W Zębie już dobrze leje, momentami wygląda to nawet na grad, zimno, mokro, widoczność słaba, ślisko. Na zjeździe trochę odpuszczamy tych co przed nami, rozsądek wziął górę. Najważniejsze ukończyć wyścig bez kraks, a niektórzy mocno ryzykują na zjazdach. Kończy się stroma część, staramy się dogonić tych co przed nami, deszcz ustaje, kątem oka zauważamy „Elektryka”, coś krzyczy. Udaje się komuś „usiąść na kole”, chwilę odsapniemy, a poźniej Zoki. Zakręt w lewo, mostek i zaczynamy. Stajemy w korby i łapie nas skurcza w lewy czworogłowy, siadamy, lewa dwójka… Qrcze, co jest grane? Zmęczone nogi po Hiszpanii? Za mało piliśmy? Pewnie jedno i drugie… 🙁 Już do końca podjazdu nie wstajemy z siodełka. Zaczynają nas wyprzedzać zawodnicy, których mijaliśmy podjeżdżając do Zębu. Zjadamy ostatni żel.

Krótki stromy zjazd, ostry zakręt w prawo, później ostry w lewo i podjazd na Ostrysz… Znowu nogi dają znać o sobie. Staramy się jechać jak najbardziej miękko, kręcąc jak najlżej naciskać na pedały. Pijemy jak najwięcej się da, nawet nie próbujemy przyspieszać. Koniec podjazdu, chwila odpoczynku, ostry zakręt w lewo i podjazd pod Butorowy.

Cały czas powoli, mijają nas kolejni zawodnicy, spadamy coraz dalej w klasyfikacji. Zastanawiamy się gdzie cele. Janusz daleko z przodu…

Tatra Road Race był Hard as Hell? 😉

Jeden bidon już pusty, drugi w połowie opróżniony, nogi dalej słabo. Jedyny pożytek, że rower lżejszy. 🙂 Jacyś chłopcy krzyczą „daj bidona”, pytamy o magiczne słówko. Słyszymy – proszę, wyrzucamy pusty bidon, chłopak krzyczy – dziękuje. Da się? Głowa może, płuca i serce też, a nogi pokazały nam miejsce w szeregu. 🙁

Końcówka Dzianisza już lepiej, przed nami dwie osoby i nie oddalają się. Jeszcze krótki zjazd, i końcowe 800 metrów na Butorowy, doganiamy dwójkę, która była przed nami. Na szczycie „Elektryk”, pytamy gdzie Janusz – daleko… Ten fragment Tatra Rod Race był Hard as Hell… 🙁

No nic, zapinamy koszulkę i w dół, ślisko, jak w zeszłym roku. Piec, dohamowanie, zakręt w lewo, prawo, znowu lewo, jeszcze raz w prawo i ostatni raz w lewo. Włączamy się z podporządkowanej, strażacy zatrzymali ruch, przed nami widać kogoś, na kole też ktoś się podłączył. „Lecimy piecem”, rower super się toczy, doganiamy bez pedałowania kolejne osoby. Na wysokości Polany Szymoszkowej trochę wypłaszczenia, postanawiamy zobaczyć kto za nami. Dwie osoby na kole, przed nami jakieś 100 metrów jeden zawodnik. Oprócz tego nikogo nie widać.

Meta

Skręt w lewo i deja vu, zawodnicy przed nami i za nami mają kłopot z wybraniem dobrego przełożenia, my bez wstawania ale twardo i uciekamy im. Delikatny łuk w lewo i widzimy jeszcze jednego zawodnika. Zrzucamy z tyłu jedną koronkę niżej i mocno naciskamy na pedały, dalej siedząc, żeby nie „złapało” czwórek. Wyprzedzamy go 10 metrów przed metą.

Medal, Lech – bez alkoholu, drożdżówki, banany, leżaki, pogoda się poprawiła, muzyka gra. Z Januszem przegraliśmy ponad 10 minut, „cele” nas nie dogoniły. Tak więc jesteśmy zadowoleni, pozostaje niedosyt, że nie mogliśmy jechać tak jak chcieliśmy. W tym roku Tatra Road Race był Hard as Hell, zwłaszcza jak trzeba było walczyć przez 10 km ze skurczami.

Spokojnie czekamy na kolejnych zawodników. Na mecie super atmosfera. Chyba na żadnej z imprez w których braliśmy udział na mecie nie było tak fajnie. Wręczenie nagród, trochę długie ale dużo kategorii, premie górskie. Na koniec tombola z nagrodami dla startujących, każdy z zawodników ma szansę wygrać coś od sponsorów.

A dzisiaj naszym bohaterem był nasz kolega z którym przejechaliśmy Tatry dookoła, będąc ósmy raz na rowerze szosowym ukończył trasę PRO mieszcząc się w limitach czasu.

Cóż, do zobaczenia za rok?

Jak czas i zdrowie pozwolą to do zobaczenia na Rajdzie Wokół Tatr. 🙂

This Post Has One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.